Gdańsk Ska Jamboree – takich festiwali potrzebujemy

O minionym weekendzie w Gdańsku właściwie wiedziałem, że będzie świetny, jeszcze zanim się zaczął. Już pierwsza edycja Gdańsk Ska Jamboree była fantastyczna, a na drugą organizatorzy zaplanowali tyle koncertów super kapel z zagranicy, że ciężko wręcz było mi sobie wyobrazić, żeby coś tu się nie zgadzało.

Dwa dni, jedna scena i dziewięć koncertów – niby na różnych festiwalach widuje się lineupy, tak długie, że nie sposób spamiętać, kto gra którego dnia, ale tu mówimy o festiwalu klubowym, gdzie impreza zaczyna się nie o 14, a dopiero wieczorem. O ile przy letnich wydarzeniach plenerowych nieraz pozwalam sobie na selektywność i omijanie niektórych koncertów, tak w tym przypadku podszedłem do sprawy ambitnie z misją sprawdzenia naprawdę wszystkich zespołów. Zresztą naprawdę byłem wszystkich występów ciekaw, więc nie ma tu mowy o żadnym przymuszaniu się.

W związku z narzuconym sobie zadaniem, by niczego nie przegapić, do Protokultury trafiłem prawie prosto z pociągu. Dla wszystkich, którzy nigdy nie mieli przyjemności gościć w tym miejscu, wspomnę o jego lokalizacji. Środek gdańskiej stoczni, w tle monstrualne żurawie i generalnie klimat stopro industrialny. Robi wrażenie.

Kiedy dotarłem na miejsce, klub jeszcze nie był pełny, ale ludzi i tak było sporo – co więcej nie tracili czasu tylko świetnie bawili się przy dźwiękach Ska Petardy. Muszę, no muszę być nieco krytyczny wobec tej kapeli, bo to po prostu nie jest rodzaj grania, który mnie dziś ekscytuje. Jednak uczciwie muszę również przyznać, że było zupełnie fajnie. Przede wszystkim słyszałem olbrzymi wręcz progres w porównaniu do nagrań znanych mi z internetu i debiutanckiego krążka. Szybkie ska z zabawnymi i całkiem nieraz trafiającymi w moje poczucie humoru tekstami. Do tego sekcja aż czterech dętych, z której pewnie dałoby się wycisnąć więcej, ale do zaproponowanego repertuaru pasowała dobrze. Koncert zdecydowanie powyżej oczekiwań, liczę na dalsze postępy i bardzo im kibicuję.

W oczekiwaniu na Downsetters znalazłem chwilę, by dokładniej rozejrzeć się po klubie. Podobnie jak rok wcześniej w sali obok rozstawił się całkiem elegancki kiermasz – płyty, odzież, buty, galanteria, gadżety festiwalowe – można się było naprawdę dobrze zaopatrzyć, a i z jeść przy okazji. Tam też najwygodniej było porozmawiać z dawno niewidzianymi znajomymi, wymienić spostrzeżenia odnośnie koncertów. Olbrzymią wartością tego Ska Jamboree jest stworzenie warunków, w których ludzie z naprawdę całego kraju (i nie tylko) chcą przejechać nieraz po kilkaset kilometrów (czy nawet kilka tysięcy) i po prostu być częścią tej sceny. To jest naprawdę nie do przecenienia pod kątem jakiejkolwiek rozmowy o konsolidacji i budowaniu naszego muzycznego środowiska.

Downsetters nie rozczarowali. Pora niby jeszcze wczesna, ale pod sceną wyglądało to tak jak trzeba. Muzycznie była to dla mnie pewna niespodzianka. Z jednej strony dostałem porcję klasycznego, jamajskiego, bardzo ładnie zagranego ska. Z drugiej koncert obfitował w ciekawe eksperymenty z brzmieniami przywodzącymi mi na myśl skojarzenia raczej z elektroniką. Nie znam się zupełnie na stronie technicznej tego wszystkiego, nie umiem więc powiedzieć, co stoi za tym efektem, ale ogólne wrażenie zostało mi jak najbardziej pozytywne.  Wokalista dawał z siebie wszystko i jego fantastyczny głos naprawdę robił robotę. Na oddzielne słowo uznania zasługuje puzonista – niejedna pełna sekcja mogłaby pozazdrościć mu efektu. Puryści gatunkowi być może czepią się wspomnianego specyficznego brzmienia. Ja traktuję to raczej jako ciekawy kierunek rozwoju muzyki, którą tak bardzo lubię. Naprawdę dobry koncert.

Następni w rozpisce byli The Bartenders & Dr. Ring Ding, a przynajmniej tak mi się wydawało. Jakoś zupełnie przeoczyłem, że przecież na plakacie obie te nazwy funkcjonują oddzielnie. Wiedziałem z dobrych źródeł, że na pewno powinienem liczyć na wspólny koncert, ale pojawienie się na scenie samego Doktora nieco zbiło mnie z tropu. Po chwili okazało się, że Barmani nie zamierzają do niego zbyt szybko dołączyć, a mi trafił się w ten sposób nieoczekiwany, bonusowy występ. Dr. Ring Ding jeszcze mnie nigdy nie zawiódł – tym razem nie było inaczej. Ten głos się nie psuje i zawsze jest albo tak samo fajnie, albo tylko lepiej. Muzyka z odtwarzacza i wokal Richie’go – rewelacyjny show z mnóstwem klasycznych hitów, od ska, przez calypso po dancehall. Przy takim dorobku jak ten Doktora, było z czego wybierać. Dodam do tego świetny jak zwykle kontakt z publicznością i już wiecie w jakich nastrojach byli wszyscy przed głównym daniem wieczoru.

Kiedy po krótkiej przerwie dotarłem znów w okolice sceny, byli już na niej zainstalowani The Bartenders z Dr. Ring Dingiem. Uczta! No cóż można powiedzieć? Nie jestem w stanie zliczyć ile razy widziałem warszawskie ska-jazzowe combo, a i Doktora przez ostatnie lata miałem okazję podziwiać mnóstwo razy. Nieczęsto jednak zdarza się okazja posłuchania ich razem – a to jest zjawisko, którego nie wolno przegapiać. Hity ze starego repertuaru Ryśka z czasów Senior All-Stars, czy nawet El Bosso & Die Ping Pongs, do tego moc jamajskich klasyków, a jako wisienka na torcie wspólna kompozycja tego zestawu czyli „Polecat”. Powiedzieć, że było świetnie, to nic nie powiedzieć. Nie mamy w Polsce wiele kapel, które byłyby w stanie muzycznie i technicznie nadążyć za Ring Dingiem, ale Barmani to zdecydowanie jedna z nich. Oprócz swojego charakterystycznego głosu Doktor przywiózł ze sobą oczywiście puzon i co i rusz pięknie włączał się w brzmienie sekcji dętej. Koncerty takie jak ten sprawiają, że Gdańsk Ska Jamboree ma coraz dostojniejsze miejsce na mojej liście ulubionych festiwali.

Zarówno w piątek jak i w sobotę ciszę między koncertami i po nich wypełniał Karma Sound. Muszę przyznać, że robił bardzo fajną robotę. Selekcja aż miło i z przyjemnością bujałem się na parkiecie, całe szczęście nie sam, jeszcze długo po ostatnich dźwiękach ze sceny.

Wobec faktu, że piątek skończyłem właściwie nad ranem, sobota zapowiadała się ryzykownie. Jako pierwsi mieli zagrać Magnetics, a godzina koncertu została ustalona na 18. Zależało mi bardzo na tym koncercie. Poprzednio widziałem ich latem na This Is Ska w Niemczech i jakkolwiek bawiłem się przenajlepiej, to jednak trzeba uczciwie sobie powiedzieć, że z dość oczywistych powodów pamiętam piąte przez dziesiąte. Tym razem choćby ze względu na wczesną porę powinno być inaczej, dałem więc z siebie wszystko i przybyłem do klubu na czas. Magnetics zaczęli z lekkim opóźnieniem, więc nic nie umknęło mi z ich występu. Jako, że wokalista obchodził tego dnia urodziny, nie obyło się bez prezentu i zwyczajowego „Sto lat”. Po krótkiej ceremonii, panowie zaczęli grać. Mam z tym koncertem niestety odrobinę problemu. Niby wszystko naprawdę spoko – jak na płycie, jak na teledyskach – ładne, fajne piosenki i dobrze zagrane. Problem miałem z brzmieniem. Zupełnie możliwe, że to kwestia akustyki, ale wszystko było jakieś płaskie. Dźwięk niby taki jak trzeba, a jednak miał kłopot z wypełnieniem sali. I nie jest to kwestia mało licznej publiczności, ludzie pod sceną byli.  Ok, żeby jednak przesadnie nie marudzić. To był bardzo fajny koncert, a ja chyba miałem przegięciowo wygórowane oczekiwania. Znalazło się miejsce na wszystkie najbardziej znane hity – „Money, money”, „King Kong Girl”, czy tytułowe „Coffee & Sugar” z najnowszego krążka. Jak na kapelę ze słonecznej Italii przystało, nie mogło zabraknąć jakiegoś włoskiego szlagieru. Wspólne odśpiewanie z publicznością „Volare” – perełka. Nie pozwólcie, żeby moje początkowe smęcenie jakoś znacząco wpłynęło na Wasz odbiór tej kapeli. Było dobrze, a od razu po koncercie z radością popędziłem na stoisko kupić, wszystko co tylko mieli na winylkach.

Nie pamiętam dokładnie kiedy i w jakich okolicznościach, ale Yellow Cap widziałem już co najmniej dwa razy, więc z grubsza wiedziałem, czego się spodziewać. Repertuar zgodny z przewidywaniami i jakkolwiek nie jest to coś, co mnie porusza do głębi, to trzeba przyznać, że sprawdza się na koncertach bardzo ładnie. Co mnie jednak nieco zaskoczyło, to jakość wykonania. Niby wiedziałem, że to kapela, która gra już bardzo długo i swoje brzmienie ma solidnie doszlifowane, ale jednak panowie zaprezentowali poziom zdecydowanie powyżej moich oczekiwań. Nie miałem tu już akustycznych wątpliwości, jak wcześniej. Brzmiało doskonale, a sekcja dęta wyczyniała cuda. Mimo, że nie jestem jakimś szczególnym fanem wokalu Kaya, podobało mi się. Czekam teraz na jubileuszowy album, którego premiera ma mieć miejsce jeszcze w listopadzie.

Następna na scenie pojawiła się Vespa. Łoo… cóż to był za koncert. Mają u nas zasłużony status gwiazdy i po raz kolejny udowodnili niedowiarkom skąd się ten status wziął. Pojawił się oczywiście obowiązkowy set swingujących kawałków z ostatniej płyty. Lena w świetnej formie wokalnej i Grzegorz Kupicha w nie mniej świetnym nastroju doskonale rozbujali zebrane towarzystwo. Zabawa, zabawa, tłumy pod sceną impreza rozkręciła się na całego. Tak jak już na wcześniejszych koncertach było dość ciasno, tak teraz zagęściło się naprawdę na poważnie. Vespa poniekąd świętowała tym koncertem debiut swojego kultowego krążka „Bujaj się” na winylu. Nie mogło więc zabraknąć rzadko dziś granych hitów z tego właśnie albumu. „TT56” ślicznie zaśpiewał Jacek Staroń z Las Melinas, a publiczność wręcz wariowała przy kawałkach takich jak „Polska Miejska”, czy „Złote Lata”. Jeśli fani bawili się doskonale, to brak słów na poziom zabawy osiągnięty przez sekcję dętą. Tam to były dopiero tańce, a wręcz choreografia. Nie zabrakło też elementów takich jak konkurs taneczny (jak za dawnych lat), czy przyznanie kolejnym osobom członkostwa w Vespa Sajko Fan Crew. Trzeba też wspomnieć o wręczeniu wypożyczeniu Vespie ręcznie malowanego transparentu „Vespa Warsaw Psycho Crew on tour” z gigantyczną Osą przy Pałacu Kultury i Nauki. Jeśli to wszystko zaczęło Wam się składać na obraz jednego wielkiego festynu, pełnego jak najbardziej oczekiwanych zwrotów akcji – macie pełną rację, tak było, tak miało być i niech tak zawsze będzie. Jeszcze tylko „Skuteromania” i „Gorące Lato W Mieście” – teraz już wiadomo na pewno, król jest jeden, Vespa pany, inne kapele syf.

Podczas koncertu Vespy w tle można było dostrzec zerkających z backstage’u członków Bottle of Moonshine. Zdawali się nieco przytłoczeni reakcją publiczności, jakby obawiali się, czy będą w stanie sprostać oczekiwaniom rozgrzanego do białości wręcz tłumu. Całe szczęście przygotowani do tego starcia byli doskonale. Już pierwsze piosenki rozwiały wszelkie wątpliwości. Pięcioosobowa sekcja dęta prezentowała poziom nieosiągalny dla większości, a cały skład wręcz idealnie odnajdował się w repertuarze klasycznego jamajskiego ska. Gdy na scenie do zespołu dołączyła wokalistka, zaczęło się na całego. Cudowny wokal, cudowne jego wykorzystanie. Nieczęsto się trafiają tak dobre koncerty. Zarzut mam tylko jeden. Bardzo, ale to bardzo nastawiłem się na soul, w który obfitują albumy Księżycówki. A niestety w Gdańsku było go bardzo malutko. Wszystkie soulowe sztosy, na które liczyłem i z którymi właściwie kojarzyła mi się ta kapela, zostały usunięte na rzecz klasycznej jamajszczyzny. Jak teraz o tym myślę, to średnio się to broni jako zarzut, ale jednak niedosyt pozostał. Jak się później dowiedziałem, zespół po prostu postanowił dostosować się do nazwy festiwalu – stąd taka, a nie inna selekcja. Poleciłbym wszystkim koncerty Bottle of Moonshine, ale jeśli nic się nagle nie zmieni, to będzie to średnio możliwe. Otóż okazuje się, że kapela od ponad roku właściwie już nie istnieje, a w Gdańsku zgodziła się zagrać przede wszystkim ze względu na bardzo intensywne prośby organizatorów. Cały ten występ traktowali jako rodzaj ostatniego pożegnania z publicznością i muszę przyznać, że faktycznie grali jakby jutra miało nie być.

Jak pisałem w zapowiedzi festiwalu, Spartan Allstars wydawało mi się wręcz idealne na zakończenie całego festiwalu. Miałem rację. Doskonały poziom plus w większości coverowy repertuar złożony ze znanych, lubianych i co najważniejsze świetnych piosenek. Tańce na całego, wspólne śpiewy, do tego nieco fantastycznych instrumentali. Misją zespołu na ten wieczór było grać dopóki będzie dla kogo., a publiczność nie miała zamiaru rozchodzić się do domów. Zabawa trwała w najlepsze, sam radośnie pląsałem pod sceną. Jedyne co mąciło mi tę sielankę, to myśl, że tak fajny zespół nie zdoła nigdy nagrać ani jednego albumu. Po koncercie miałem okazję zamienić kilka słów z chłopakami, tłumaczyli się dość klasycznie brakiem czasu i innymi zobowiązaniami jednocześnie obiecując poprawę, której ze wszystkich sił kibicuję.

Afterek zręcznie poprowadzony przez Karma Sound także nie rozczarował i pozwolił jeszcze przez długi czas kontynuować imprezę w rytm klasyków ze słonecznej wyspy. Warto zaznaczyć, że część artystów również nie trzymała się ściśle zaplecza. W okolicy parkietu mignęli mi członkowie Bootle of Moonshine, Spartan Alllstars, a wszędzie przewijał się uszczęśliwiony ewidentnie całym festiwalem Dr. Ring Ding.

Uszczęśliwiony był zresztą nie tylko on. Myślę, że próżno szukać uczestników Gdańsk Ska Jamboree, którzy po wszystkim poczuli się zawiedzeni. Doskonały zestaw kapel, koncerty na światowym poziomie, bardzo dobra organizacja, olbrzymia mobilizacja fanów z kraju i zagranicy – takich właśnie festiwali chcemy i potrzebujemy. Osobiście bardzo szanuję sobie tu również odpowiednią skalę. Dużo lepiej bawię się właśnie na takich klubowych imprezach niż na letnich molochach, gdzie cały dzień i noc krążę między scenami, szukając według niekończącej się rozpiski występów, które mnie interesują. Takie mniejsze (choć przecież nie małe) wydarzenia tworzą dużo lepszą atmosferę i jak nic innego integrują ludzi.

No cóż, nie może być jednak całkiem idealnie. Już teraz wiadomo, że finansowo nie do końca zaskoczyło. Organizatorzy na swojej stronie proszą w wsparcie, wyrażając jednocześnie nadzieję, że trzecia edycja odbędzie się zgodnie z planem. Hasło „postaw piwo organizatorom” w praktyce raczej odnosi się do pokrycia strat niż faktycznej inwestycji w alkohol. Zdecydowanie dołączamy się do ich apelu. Na profilu fb Ska Jamboree znajdziecie przycisk „przekaż datek” – skorzystajcie z niego, proszę.

Oby się to wszystko pięknie spięło i obyśmy za rok w jeszcze liczniejszym gronie mogli znów spotkać się w Gdańsku.

Sprawdźcie też koniecznie galerię zdjęć z soboty!

2 odpowiedzi do “Gdańsk Ska Jamboree – takich festiwali potrzebujemy”

  1. Panie redaktorze, spieszę sprostować celem uniknięcia przeszukiwania walizek przez Vespę, iż ów wspomniany wyżej transparent został jedynie wypożyczony na czas występu, bo, jak wiadomo, to psychofani wożą oprawę (rok temu żółte szaliki – Warszawa i Wrocław), a nie zespół. Vespa pany!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *