Los Apartamentos – Water Di Garden

Na samym początku muszę się przyznać, że w zasadzie nie mam bladego pojęcia o gatunku muzycznym zwanym mento. Nie zmienia to jednak faktu, że debiutancki album Los Apartamentos jest tak dobry i budzi u mnie tak dużo pozytywnych emocji, że czuję się wręcz w obowiązku, by napisać o nim kilka słów i zachęcić Was do bliższego się z nim zapoznania .

Muzykę mento śmiało można nazwać prekursorem ska i reggae. Jej korzenie sięgają końca XIX wieku, a szczyt popularności przypada na lata 40. Moje pierwsze zetknięcie z tym gatunkiem musiało mieć miejsce za sprawą któregoś z trzypłytowych składaków Trojana, gdzie z pewnością było zdominowane przez calypso. Pamiętam też, że słuchałem trochę Stanleya Beckforda. Nigdy jednak nie zdarzyło mi się natknąć na żywo na zespół, który serwowałby mento jako danie główne. Dopiero kilka lat temu udało mi się trafić na koncert legendarnych Jolly Boys w Warszawie. Fantastyczny występ, jest co wspominać. I na wspominkach niestety skupić się trzeba,  gdyż wciąż próżno szukać kapel kultywujących te mocno zapomniane jamajskie brzmienia.

Kiedy dwa lata temu w rozpisce festiwalu Freedom Sounds zobaczyłem nazwę lokalnej, kolońskiej kapeli Los Apartamentos, nie mówiła mi ona zupełnie nic. Stało tam jednak jasno napisane, że grają mento. No ciekawe… trzeba to sprawdzić, choćby jako ciekawostkę. Głupia sprawa, ale okoliczności nie pozwoliły mi zobaczyć wiele więcej niż pstrokato-kwieciste koszule będące dresscodem tego składu. W pamięci utkwił mi też charakterystyczny rumba box pełniący często rolę basu w tego rodzaju graniu. Na więcej niż tamte kilka minut przyszło mi poczekać rok. W tym samym miejscu tym razem załapałem się na pełny set. Koncert odbywał się na małej scenie i ściągnął całkiem liczną publiczność. Ta bawiła się doskonale śpiewając razem z zespołem, a nawet wykonując choreografie będące ilustracją piosenek. Było naprawdę świetnie. Do tego stopnia, że po festiwalu postanowiłem przez kilka dni słuchać rozmaitych mento szlagierów polecanych przez youtube’a. Poznałem się bliżej z Countem Lasherem czy Lordem Flea i bardzo miło spędziłem czas.

W okolicy września zaczęły pojawiać się informacje o nagrywanym przez Los Apartamentos albumie – zdjęcia z sesji nagraniowej, krótkie filmiki. Szybko okazało się, że wydawnictwem zajął się znany w świecie ska label z Chicago – Jump Up Records. Doskonale, odpowiedzialny za tę firmę Chuck Wren ma świetną rękę do takich projektów. Nie mogłem się doczekać. Miksy spadły na barki Hanno Schattow znanego Wam jako lider zespołu Masons Arms, a produkcją zajął się Boss van Trigt czyli sam Boss Capone. Wydajcie to już w końcu, bierzcie hajsy i dajcie posłuchać! Ostatecznie musiałem się nieco uspokoić i poczekać aż do kwietnia, a konkretnie do kolejnej edycji Freedom Sounds. Tam panowie z Apartamentów po raz pierwszy mieli okazję zaprezentować się na dużej scenie, o czym więcej możecie przeczytać w naszym małym podsumowaniu festiwalu.  Jakkolwiek nie jestem do końca przekonany czy na dobre wyszła ta przesiadka, to koncert wciąż był świetny i z dużą radością zaopatrzyłem się po nim w bardzo ładnie wydanego winylka.

Myślę, że słuchałem tego krążka już lekko licząc kilkanaście razy i wciąż nie jestem ani tyci znudzony. To może być rzecz jasna bardzo indywidualne odczucie, ale dawno nie spotkałem się płytą, która wprawiałaby mnie w tak dobry nastrój. Niespełna 40 minut fantastycznego grania, które pozwala się poczuć, jakby się było na wakacjach. Drineczek w ręku, plaża, palmy, słońce i to już nawet nie jest specjalnie istotne, że akurat siedzę w pracy przed komputerem, a za oknem pada. Uczciwie trzeba powiedzieć – to nie jest specjalnie oryginalny album. Składa się z samych coverów, nie ma tu jakiś przesadnie innowacyjnych aranżacji. Same klasyczne kompozycje tuzów gatunku, właściwie bez żadnych niespodzianek. Wszystko jest zagrane tak, żeby sprawiało wrażenie, że pochodzi z lat 50. Niemcy zresztą podeszli do tej kwestii naprawdę na serio i jak się okazuje nagrali wszystko do jednego mikrofonu, co tylko potęguje doskonały nastrój ulicznej imprezy gdzieś w Kingston.

Nie potrafię do końca sprecyzować, co sprawia, że słuchając tej płyty na słuchawkach podczas spaceru z pracy do domu, po chwili nieuchronnie zaczynam się śmiać pod nosem i podśpiewywać wszystkie durnowate teksty o Józku uciekającym przed policją, za wysokim czynszu za przeciekające mieszkanie, czy w końcu o „dojrzałym pomidorku” i tytułowym „podlewaniu ogródka”. Na pewno bardzo ważnym czynnikiem jest idealnie pasujący głos wokalisty, Petera. Nie bez znaczenia jest też pewnie bogate instrumentarium ze wszelkimi  możliwymi przeszkadzajkami. Myślę jednak, że osiągnięty tu efekt to coś więcej niż suma wszystkich składowych. Jest  tym wszystkim coś nieuchwytnego, co sprawia, że za chwilę znów zatopię się w dźwięki „Hill And Gully Rider”. Ciekaw jestem jak odniosą się do tego krążka koneserzy gatunku. Dla laika jakim jestem w temacie mento jest to album absolutnie satysfakcjonujący.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *