Mighty Mighty Bosstones – Pin Points and Gin Joints

Pin Points & Gin Joints (grudzień 2009) to już ósma płyta długogrająca zespołu, który można ubóstwiać lub przeklinać, ale z pewnością trzeba znać. Bostońscy giganci, będący razem od roku 1983 mają za sobą długą drogę, pytanie – co przed nimi? Jeśli miałoby się to oceniać na podstawie ich najnowszego albumu, z przykrością stwierdzam – niewiele. Bardzo entuzjastycznie przyjęłam wieść o reaktywacji kapeli w roku 2007, kiedy to wypuścili płytę Medium Rare z niepublikowanymi dotychczas numerami, jednak nowy materiał z 2009 dosyć mnie rozczarował. Oczywiście nie powinnam spodziewać się po niemal pięćdziesięcioletnich już chłopakach , że zaserwują nam płytę w stylu Let’s face it (1997), z której praktycznie każdy utwór z miejsca stawał się przebojem, ale…

Żeby nikt nie zrozumiał mnie źle – Pin Points & Gin Joints to całkiem przyzwoity krążek – rzecz w tym, że prawie niczym nie różni się od dwóch ostatnich albumów Pay Attention (2000) i Jacknife to a Swan (2002). Płyta po prostu razi okrutną powtarzalnością. Pomijając wszystko, co za sobą niesie osoba Dickiego Barretta – czyli charakterystyczny schrypnięty głos, bezsprzeczne umiejętności wokalne (kiedy ten facet bierze oddech mając do „wyplucia” tyle tekstu??) i jak zwykle mądre i bardzo osobiste teksty, rzecz jest zrealizowana zupełnie bez pomysłu. Ten fakt dziwi przede wszystkim dlatego, że zespół składa się z muzyków, którzy są bardzo wszechstronnymi ludźmi – udzielają się w przemyśle filmowym, radiu, grają w wielu innych projektach. Piękno tkwi w prostocie, to prawda, czy ta prostota jednak nie mogłaby być troszkę mniej prosta? Czy takiego puzonistę jak Chris Rhodes (m.in. The Toastres, Reel Big Fish, NOFX, Less Than Jake) albo saksofonistę jak Tim Burton nie stać na bardziej wysublimowane partie niż usia-siusia, które tu prezentują?

Pierwszy utwór Graffiti Worth Reading buja, ale aranże dęciaków są do bólu przewidywalne; Nah Nah Nah… to utwór, który świetnie sprawdzi się na koncertach , zwolennicy ostrzejszego brzmienia też znajdą tu coś dla siebie – Too Many Stars czy The Bricklayer’s Story to kawałki w „starszym” stylu kapeli (ska/hc/punk). Ostatni numer A Pretty Sad Exuse to mieszanka stylów reggae, rocksteady i ska/hc. Moimi faworytami na tej płycie są dwie spokojniejsze propozycje: The Route That I Took i Your Life – przyjemne, wpadające w ucho, mimo to, że jak na Bosstonesów to nic nowego, naprawdę udane.

Żeby jednak nie pisać tylko źle o zespole, któremu należy się szacunek – jedno trzeba przyznać. Mighty Mighty Bosstones pozostali sobą. Nie poszli w kierunku, który święci teraz w USA tryumfy (mówię o słodkich rytmach soul i rocksteady, jakie grają ich koledzy Chris Murray, The Slackers, Aggrolites czy Westbound Train), pokazali, że nie zależy im na „modzie”. Jednak – czy granie od prawie dwudziestu lat w sposób właściwie niezmienny wyjdzie im na dobre? Oceńcie sami…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *