New York Ska-Jazz Ensemble – Break Thru

NYSJE jest trochę jak rozpędzony pociąg, który nie zwalniając tempa mknie przed siebie już od 25 lat. Okazjonalna wymiana pasażerów nie wpływa na zmianę kierunku, a już na pewno nie na doskonałą opinię jaką niezmiennie cieszy się ta ska-jazzowa torpeda. W minioną sobotę miała miejsce premiera pierwszego od ośmiu lat studyjnego longplaya niujorków – „Break Thru”. Czy jest tu jakiś przełom?

Nie wiem, co dokładnie stoi za tytułem tego krążka, ale zapewniam Was, że w warstwie muzyczne wszystko jest po staremu czyli tak jak trzeba. Solidna porcja pełnego energii ska-jazzu okazjonalnie wzbogaconego wokalem. Zdrowy miks coverów i kompozycji własnych za którymi stoją Kevin Batchelor, Mark Damon i Rocksteady Freddie. Ten ostatni to jedyny oryginalny członek zespołu i głównodowodzący tego cudnie rozpędzonego składu. Kto widział NYSJE na żywo, wie na co go stać. Mi na myśl o tym gościu automatycznie pojawia się w głowie hasło „wirtuoz”. Ile więc wirtuozerii znajdziecie na najnowszym albumie?

Mój werdykt to sześć z dziesięciu. To nie jakaś docelowa ocena. Po prostu tyle miejsca znalazło się na liście utworów dla cudnie energetycznych instrumentali, z których słynie nowojorski ansambl. Każdy z nich to prawdziwa perełka. Są to naprawdę rewelacyjne i wybitnie zagrane numery – właśnie takie, które sprawiły, że lata temu zakochałem się w tym zespole. „Chicky Chicky Boom Boom”, „Bopicana”, „Blowout”, „Band Aid”, „Freddie’s Bounce”, „Sumbliminal Seduction”. Nic się nie zmieniło, miłość trwa – jesteś tak samo piękna, jak w dniu, w którym się poznaliśmy.

Pozostałe cztery piosenki pozostawiają mnie z wątpliwościami. Ja rozumiem potrzebę urozmaicenia albumu wokalem, ale tutaj to po prostu jakoś to do mnie trafia. Nie zostanę fanem przekazu spod szyldu peace & love (tytułowe Break Thru), niezależnie od tego, że muzycznie wciąż jest nienagannie. To moje osobiste odczucie, ale we współczesnym ska i reggae coverowanie „Perfidii” zazwyczaj nie wychodzi za dobrze i zwykle lepiej by było po prostu je sobie odpuścić. Tak jak tutaj. Trochę się zdziwiłem, gdy pod koniec albumu nagle wjechały charakterystyczne pierwsze dźwięki „Learning to Fly” Toma Petty’ego. Wszystko fajnie podkręcone w kierunku jamajszczyzny, niby ładnie pięknie, ale znów trochę się zastanawiałem po co. Chyba najlepiej z całego wokalnego zestawu wypada „Love & Affection” Wailersów wzbogacone głosem Treasure Dona, nawijacza z nowojorskiego Bronxu. Wybór piosenki raczej banalny, przesadnego ognia tu nie ma, za to zupełnie sensownie zgrywa się z instrumentalnym otoczeniem.

Niektórych instrumentalne albumy nudzą. Ja, jeśli są wystarczająco dobre, wręcz się w nich pławię. I ten album mógłby takim właśnie być. Kłopotem są proporcje, za dużo tu kompromisu. Jednak na pamiętnych krążkach „Get This” czy „Low Blow” było to zbalansowane lepiej. Muzycznie jest tak samo doskonale, ale już właściwie wszystkie bez wyjątków numery śpiewane na tamtych albumach podobały mi się bardziej. Z przyjemnością przesłuchałem „Break Thru” już ładnych kilka razy. Pomimo, że zdarzyło mi się przeskoczyć jedną czy drugą piosenkę, ostatecznie uważam, że to bardzo dobry album. Jeśli chcecie posłuchać świeżego ska-jazzu, to jestem prawie pewien, że nic lepszego od dawna w tym temacie nie wyszło.

Album w postaci winyla i płyty cd wydało Brixton Records. Znajdziecie go również na większości popularnych platform streamingowych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *