North East Ska Jazz Orchestra: miks jamajskich i karaibskich rytmów z big bandowym swingiem

To była jedna z najliczniejszych ekip na scenie Freedom Sounds 2018. North East Ska Jazz Orchestra składa się w porywach do dwudziestu osób! Grają od 2012 roku, a za cel postawili sobie odbudowę włoskiej sceny ska. W marcu wydali nową, imienną płytę, o której rozmawiałam w zeszłym roku z basistą zespołu Roberto Amadeo.

Pogadaliśmy chwilę na hotelowym parkingu, chowając się przed wiatrem za jednym z busów. Nie dowiem się już, czy był to ten przeznaczony dla dobrych czy dla złych muzyków, ale z tego co pamiętam, był w nim chyba porządek.

Magdalena Miszewska: Wygląda na to, że to dobry czas dla North East Ska Jazz Orchestra i chyba rozpoczął się około roku 2016, prawda? Kiedy zagraliście dużą europejską trasę.

Roberto Amadeo: Tak, w 2016 roku zagraliśmy naszą pierwszą dużą trasę po całej Europie. Graliśmy na festiwalu Rototom Sunsplash w Benicasim, potem w Bilbao we Francji. Dla nas był to początek prawdziwych tras i prawdziwych koncertów. Ale zanim to się wydarzyło, opublikowaliśmy kilka filmów na YouTube, wydaliśmy album i EP-kę. W tym roku zaczynamy ewoluować – piszemy  nagrywamy nową muzykę. W przyszłym roku wypuścimy nowy album zawierający tylko oryginalne piosenki. Chcemy pokazać naszą prawdziwą tożsamość i mamy nadzieję na dobre opinie od naszych fanów i publiczności. W styczniu nagraliśmy już kilka utworów, w zasadzie połowę albumu. W czerwcu nagrywamy drugą część i kończymy aranżacje całości. Mamy nadzieję, że wydamy płytę przed końcem marca 2019 roku. W międzyczasie opublikujemy trochę treści – cyfrowe single i siedmiocalowy winyl z dubową wersją Victora Rice’a, który również gra dziś na Freedom Sounds. Zrobimy wiele rzeczy przed wydaniem albumu.

MM: A jak pracujecie nad piosenkami? Jesteście naprawdę dużym zespołem. Ile to osób, osiemnaście, dziewiętnaście?.

RA: Dziewiętnaście. Gramy w osiemnastkę podczas tras koncertowych, ale w studio zwykle jest nas więcej, dwadzieścia, dwadzieścia jeden osób. Mamy wtedy więcej dęciaków i zestawem perkusyjny, którego zwykle nie zabieramy w trasę.

MM: Podobno kiedy nagrywaliście swój pierwszy album, wszyscy naraz byliście w studio. Teraz też pracujecie?

RA: Tak, lubimy nagrywać wszystko razem, ale na osobnych ścieżkach. Lubimy mieć tę energię w studio. Pierwsze studio, w którym nagrywaliśmy, znajduje się w Capodistria (Koper) w Słowenii, a teraz będziemy nagrywać w pobliżu Wenecji. Oba mają oldschoolowy sprzęt.

MM: Czy cały zespół jest zaangażowany w pisanie piosenek?

RA: Na początku ktoś rzuca pomysł. Potem Max, puzonista lub Filippo, gitarzysta, układają piosenkę. Później zaczynamy ćwiczyć z sekcją rytmiczną, wokalistami i jednym lub dwoma dęciakami. Gdy struktura utworu jest już prawie gotowa, ćwiczymy z całym zespołem i tworzymy ostateczną piosenkę. Pracując nad albumem przygotowujemy cztery lub pięć piosenek i szlifujemy taki zestaw. Po dwóch, trzech dniach jesteśmy gotowi do nagrywania. Aby przygotować się do koncertów, spotykamy się na dwa lub trzy dni prób przed trasą, a potem jedziemy.

MM: Wiemy już, że  mamy na co czekać w 2019 roku. Ale teraz chciałabym, żebyśmy cofnęli się trochę w czasie. Ostatnią rzeczą, którą nagraliście, jest singiel z Freddiem Reiterem (NYSJE) i Davidem Hillyardem (The Slackers). Jak ich poznaliście?

RA: W naszym rodzinnym mieście we Włoszech. Potem Max, nasz puzonista, pojechał w bożonarodzeniową trasę z The New York Ska Jazz Ensemble. Zaproponowali nam współpracę i zaaranżowaliśmy piosenkę napisaną przez Freda Reitera, „Prime Suspect” i oryginalny utwór Davida Hillyarda, „Disco’s Revenge”. Nagrywaliśmy w naszym studio, potem wysłaliśmy materiał do nich, a oni nagrywali w Nowym Jorku. Nie spotkaliśmy się w studio, ale i tak wyszło bardzo fajnie. W grudniu graliśmy z Fredem Reiterem w Trieście. Chcielibyśmy zrobić to samo z Davidem Hillyardem, kiedy The Slackers przyjadą do Włoch. To trudne, ale mamy nadzieję, że się uda.

MM: Skoro już rozmawialiśmy o przeszłości, chciałabym, żebyś wrócił do 2012 roku, kiedy powstał wasz zespół. Jak wtedy wyglądała była scena ska i reggae we Włoszech? Mówiłeś mi wcześniej, przed wywiadem, że był to dobry czas na założenie ska orkiestry.

RA: Dobry raczej dla reggae. Reggae ma się świetnie we Włoszech, ska trochę mniej. Staraliśmy się zebrać dużo instrumentów dętych i sekcję rytmiczną, żeby połączyć jamajskie i karaibskie rytmy ze swingowym stylem big bandu. Prawie wszyscy jesteśmy zaangażowani też w inne projekty. To utrudnia funkcjonowanie zespołu, ale jeszcze trudniej byłoby mieć stałą grupę muzyków. To nie jest możliwe. Mamy stałych muzyków, takich jak perkusista, basista czy wokaliści, ale często musimy szukać zastępstw dla niektórych członków sekcji dętej lub gitarzystów.

MM: Powiedziałeś, że to nie był dobry czas na muzykę ska we Włoszech, ale jednak udało wam się sfinansować swój album za pośrednictwem crowdfundingu. Ludzie chyba jednak chcieli słuchać tego rodzaju muzyki.

RA: Tak, wierzymy, że możliwe jest odtworzenie sceny ska we Włoszech. Jest wielu muzyków, którzy próbują i ciężko na to pracują. Mr T-Bone, Olly Riva ze swoim nowym projektem The Magnetics lub inni muzycy i ich przyjaciele w Rzymie, w centrum lub na południu Włoch.

MM: Może więc nadchodzą dobre czasy dla ska we Włoszech.

PA: Mamy taką nadzieję.

MM: Jesteście także zaangażowani w projekt „Time for Africa”. Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej na jego temat?

RA: Współpracujemy ze stowarzyszeniem z Udine, które pracuje z ludźmi żyjącymi w Afryce. Wyprodukowali naszą pierwszą EP-kę – cztery piosenki, dwie nagraliśmy z Mr. T-Bone. Wspólnie z nimi zrobiliśmy też nasz pierwszy klip, do piosenki „Take Five”. Wszystkie pieniądze, które otrzymujemy ze sprzedaży tej EP-ki, trafiają do „Time for Africa”. Podczas tej trasy opowiadamy o Nelsonie Mandeli, ponieważ w tym roku przypada setna rocznica jego urodzin. Staramy się dzielić wiedzą nie tylko poprzez muzykę, ale także poprzez mówienie o tych sprawach.

MM: Wróćmy do muzyki i tras koncertowych. Podróżujecie w osiemnastoosobowym składzie, w dwóch samochodach. Jak wygląda wasze życie w trasie? Wspominałeś, że się podzieliliście i jeden samochód jest dla dobrych muzyków, a drugi dla złych.

RA: Czasami jest to trudne. Na przykład dzisiejszej nocy mieliśmy dwunastogodzinną podróż z Włoch. Musieliśmy zmieniać się za kierownicą. Zawsze kończymy trasę bardzo zmęczeni i potrzebujemy tygodnia wolnego na „nicnierobienie”.

MM: A co z dobrymi i złymi muzykami w osobnych samochodach? Dzielicie się według umiejętności czy zachowania?

RA: Nie mogę ci powiedzieć. Ale wspólne trasy są dla nas bardzo ważne, ponieważ zbieramy wtedy energię i wzmacniamy więzi w grupie. Nie jesteśmy zespołem, który ćwiczy co tydzień lub dwa razy w tygodniu. Spotykamy się raz lub dwa razy w miesiącu, więc kiedy możemy spędzić wspólnie czas w vanie, to jest to dla nas wspaniała sprawa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *