The Chancers - Trigger warning

Czesko-angielska formacja The Chancers plasuje się wysoko wśród najbardziej wytrawnych wyjadaczy praskiej sceny. Każdy, kto miał okazję widzieć ich na żywo, na pewno zapamiętał... więcej »

reklama

Relacja z MIGHTY SOUNDS 2015

Relacja z MIGHTY SOUNDS 2015

Relacja z MIGHTY SOUNDS 2015

Kolejny rok, jak zwykle, nie wiadomo kiedy zleciał i ponownie na początku wakacji pojawił się powód, żeby wybrać się to Tabora. Festiwal Mighty Sounds już od dawna na stałe wbił się w nasz kalendarz, więc i w tym roku nie było wyjścia i trzeba było jechać. Organizatorzy przyzwyczaili wszystkich, że skład za każdym razem jest imponujący i w tym roku nic się w tym temacie nie zmieniło. Tym razem repertuar był tak interesujący, że przed wyjazdem trzeba było kombinować siedząc przed kompem, jak pogodzić zobaczenie różnych kapel, które niestety momentami nakładały się na siebie. Ale jest to problem z gatunku tych, które chce się mieć.

Tym razem jechaliśmy w piątek, pierwszego dnia imprezy, więc trzeba było się mocno sprężać, ale mimo problemów z remontami po drodze, udało się dotrzeć na czas. Potem szybkie wbicie na parking, wymiana biletów na opaski, rozłożenie namiotów i można było się integrować z dawno nie widzianymi znajomymi. Jako, że nie da się być wszędzie to pierwsze kapele odpuściliśmy i tak jak rok temu zaczęliśmy od Queens Of Everything. Wiadomo czego można się po nich spodziewać - zespół jak zwykle zagrał bardzo dobrze i od razu pojawił się banan na gębie. Zaraz po nich na scenie obok mogliśmy posłuchać ska w wykonaniu Discoballs. Zobaczyłem cześć koncertu, bo stare kawałki mi podchodzą, a nowe już niekoniecznie. Poza tym zawsze jak ich widzę, to stwierdzam że pierwszy skład, a szczególnie pierwsza wokalistka to był dużo lepszy zespół i po wysłuchaniu połowy koncertu wolę zająć się czymś innym. Oczywiście i tak grają na poziomie, który jest dobry i jakby w Polsce taka kapela grała, to zostałaby przyjęta z dużym zadowoleniem. Po krótkiej przerwie znowu powrót na poprzednią sceną, czyli na Jana Żiżkę, żeby zobaczyć The Creepshow. Z nimi jest podobnie, jeżeli chodzi o wokalistkę. Z pierwszą panną ich koncerty i w ogóle granie było zajebiste, a teraz niestety wypada to dosyć słabo. Aktualna laska wygląd i zachowanie ma odpowiednie, czyli dziary i ganianie po scenie i barierkach, ale cienko śpiewa. Mnie dużo bardziej podeszły kawałki śpiewane przez kontrabasistę, bo wtedy całość brzmiała konkretnie. Problem w tym, że śpiewał tylko w dwóch piosenkach, no bo od śpiewania jest babka . Zobaczyliśmy cześć ich show i poszliśmy uzupełnić płyny. Dodatkowy ważny powód, który przewijał się przez cały fest, to pogoda, którą do tego zmuszała. Przez trzy dni miało się wrażenie, że jest się na pustyni. Niesamowity gorąc i spalające każdego słońce. Były to najgorętsze, jak do tej pory, dni w tym roku. Pogoda mocno utrudniała życie na Mighty, ale na szczęście organizatorzy, tak jak w latach poprzednich, przygotowali kuflotekę. Zamiast pić szczyny z plastikowego kubka, nazywane piwem, może było się faktycznie napić piwa z kufla w osobnym namiocie. Kosztowało one całe 5 koron więcej, a powodowało błogi uśmiech, więc zostaliśmy tam na trochę. Po uzupełnieniu płynów zobaczyliśmy końcówkę Ignite. Kompletnie nie jest to nasz klimat, ale chcieliśmy zobaczyć ich z ciekawości. Nie rozumiem, czemu granie Ignite nazywane jest hardcorem, bo dla mnie było to typowo rockowe granie z zawodzącym wokalem. Pasują idealnie na zloty motocyklowe, a nie na koncert HC. Po nich nastąpiła duża kolizja, bo na dużej scenie mieli grać Pipes & Pints, a na mniejszej scenie w namiocie Eastern Standard Time. Podzieliliśmy się i kto co bardziej chciał zobaczyć, to poszedł w swoją stronę. Ja wybrałem EST i oczywiście nie żałuję, natomiast żałuję, że akurat ich koncert nałożył się na P&P. Amerykanów widziałem już raz i to w Polsce, bo jakimś cudem do nas dotarli kilka lat temu. Wtedy koncert był zajebisty i tym razem nic się nie zmieniło. Zajebiste ska/jazzowe granie momentami z lekkim dodatkiem reggae. Do tego świetny wokal i można się było bujać słuchając przez 50 minut sporej ilości ich hiciorów. Koncert Pipes & Pints oczywiście w zupełnie innym klimacie, bo celtyckim punku, okazał się też bardzo dobry, do czego kolesie z tego zespołu zdążyli już przyzwyczaić. Następnie sporo osób przeniosło się na scenę Jana Husa, żeby zobaczyć napierdalator w postaci Sick Of It All, my woleliśmy jednak dużo bardziej uzupełnić płyny i tak też uczyniliśmy. Amerykanie tak młócili, że jeden z kolegów, który na Rudemakera wrzucał/wrzuca newsy tak sobie podskakiwał, że aż skręcił nogę i musiał zostać zagipsowany w szpitalu, co spowodowało, że skakanie się dla niego skończyło na tej edycji festu. Po hardcorowym wymiocie na sąsiedniej scenie zainstalowali się angielscy weterani z Cockney Rejects. Można było mieć pewne obawy co do ich występu, ale zostały one rozwiane już przy pierwszym kawałku. Była moc, energia i naprawdę bardzo dobre granie w wykonaniu Angoli. Dużo dawał z siebie wokalista, który mimo swoich lat non stop skakał i latał po scenie wykonując bokserską walkę z cieniem. Zagrali wszystkie kawałki, które powinny polecieć i koncert zapisaliśmy do tych bardzo udanych. Pod koniec ich występu na małej scenie w namiocie Lucky Hazzard zaczęli grać jedyni polscy przedstawiciele na Mighty Sounds, czyli kapela The Freeborn Brothers grający ciężką do sklasyfikowania muzykę. Jako, że jedna, lub dwie osoby wywodzą się z podrzeszowskiej kapeli The Jet-Sons, więc ich granie oscyluje w okolicy country/rockabilly i akustycznego pogrywania, a momentami lekkiej psychodeli. Na pewno warto ich zobaczyć na żywo i ocenić samemu co grają, a może po prostu zobaczyć ich show, bo na scenie robią najróżniejsze szopki. Kontrabas, gitara, harmonia, tamburyn i bardzo prosta perkusja, wszystko to obsługiwane przez trzy osoby, a dzieje się tyle, że nie wiadomo na co patrzeć. Jest też kilka kawałków, w których dołączają dwa dęciaki dodając całości trochę innego klimatu. Ja tą kapelę znałem tylko z nazwy i bardzo mnie zaskoczyli na plus i może jeszcze uda się ich gdzieś zobaczyć. Pod koniec grania Braci przenieśliśmy się do namiotu Jana Rohacza na końcówkę Rezurex. Na pewno jest cała masa lepszych kapel psychobilly, ale skoro grali oni to nie zaszkodzi zobaczyć. Muzycznie szału nie było, ale show zrobili bardzo dobre, szczególnie że tym razem występowała z nimi tancerka, która co dwa/trzy kawałki pojawiała się na scenie w różnych przebraniach i wywijała bardzo dobrze swoim ciałem. Całość jej pokazów była w klimacie burleski i chociaż dla tego warto było wpaść na koncert Amerykanów. Mimo zmęczenia podróżą i całym dniem festiwalu udało się dotrwać do pierwszej w nocy, żeby na koniec tego mocno intensywnego dnia zobaczyć Francuzów z 8°6 Crew. Ska w ich wykonaniu jest dosyć charakterystyczne i zarazem bardzo dobre. Są to jedni z ostatnich przedstawicieli grających taką muzykę i będących jeszcze w klimacie skins i kibiców piłkarskich. Rozpoczęli dosyć statycznie i pierwsze dwa kawałki zapowiadały, że może być tym razem średnio, ale chyba musieli się rozkręcić, bo dalej było tylko lepiej i jak zwykle przyłożyli konkretnie. Zrobiła się druga w nocy i trzeba było iść spać, bo akumulatory zostały całkowicie wyczerpane.

Sobota zaczęła się już o siódmej rano, bo o tej porze waliło takie słońce, że trzeba było uciekać z namiotu, a dwie godziny później z pola namiotowego. Na szczęście lokalizacja imprezy pozwala teleportować się w 15/20 minut pod markety, gdzie można sobie kupić to i owo, a przy okazji ochłodzić się przy lodówkach i chłodniach . Zalegliśmy w okolicy pod drzewami przy jakimś stawie, a później zasiedliśmy w upatrzonej kilka lat temu knajpie, gdzie można pić litrami przezajebiste piwo za niecałe cztery złote. Dzięki temu nie zostaliśmy spaleni przez słońce na patelni, która była na polu namiotowym. Pogoda spowodowała, że nie chciało nam się ruszać i zrobiliśmy to najpóźniej jak się dało. Przez to ominęliśmy kilka pierwszych kapel, ale nikt nie miał ochoty stać w pełnym słońcu pod sceną przy temperaturze dobrych 50 stopni. Kiepsko wyszło to dla grających kapel, bo grały jedynie dla kilkunastu innych osób. My chcieliśmy zacząć od ska core z Włoch, czyli kapeli NH3, ale Włosi mają to do siebie, że czy to jest ska, ska/punk, czy ska/core to z reguły brzmi tak samo i do tego mocno średnio. Tym razem też tak było, więc po chwili sobie odpuściliśmy i wróciliśmy na Pannonia Allstars Ska Orchestra. Grają oni już bardzo długo, pewnie ok. 15 lat i ten czas jak dla mnie im przeszkadza. Kiedyś grali zajebiste ska i płyty, czy koncerty wypadały wyśmienicie. Teraz im dłużej grają, tym bardziej kombinują i mieszają, dodając do składu nawet skrzypce. Mnie to kompletnie nie podchodzi, bo mieszanie ska/reggae/raggamuffin/skrzypiec, czyli folku i czegoś jeszcze to dla mnie dużo za dużo. Z pierwszych pięciu kawałków podobał mi się jeden i nastąpił teleport to namiotu na Seaside Rebels. Jest to angielska kapela grająca Oi ! i jak się komuś wydaje, że takie granie jest proste i każdy gra tak samo, to po zobaczeniu takiej kapeli, jednak stwierdzi, że to też trzeba umieć grać. Seaside już coś umieją, ale jeszcze trochę im brakuje, więc ich występ był trochę toporny i kwadratowy. Mimo to można było ich zobaczyć i trzeba będzie sprawdzić za rok, czy dwa, wtedy powinno być już całkiem dobrze.

Chwila przerwy i na tej samej scenie pod namiotem zaczyna grać Boss Capone, czyli early reggae w najlepszym wydaniu. Ta ekipa ma duże doświadczenie w graniu takiej i podobnej muzyki w innych kapelach, więc nie może być innej opcji niż dobry koncert i tak też było tym razem. Kilkadziesiąt minut bardzo dobrego grania spokojnych rytmów odpowiednich do pogody, która nie pozwalała w tym momencie na szybsze ruchy, niż te w tempie early/skinhead reggae. Po ich występie znalazł się czas na chwilę przerwy, bo na jednej ze scen instalował się Prague Conspiracy, a po odjęciu od nazwy członu SKA, zmienili rodzaj granej muzyki i można było sobie ich odpuścić. Przez ten czas można było nabrać trochę sił na bardzo energetyczny i jak zwykle zajebisty koncert Jaya The Cat. W Polsce nie są oni zbyt popularni, ale nasz kraj jest dosyć specyficzny, jeżeli chodzi o muzykę, natomiast ludzie z innych europejskich krajów znają ich bardzo dobrze, więc pod sceną zebrał się tłum i raczej nikt nie miał wątpliwości, że dobrze zrobił pojawiając się w tym miejscu. Od początku poleciały hity, które są grane przez kapelę w ich oryginalnym i ciężkim do zaszufladkowania stylu łączącym punka, reggae, ska i pewnie jeszcze inne gatunki. Powoduje to, że kapela jest jedyna w swoim rodzaju, do tego mocno schizowe teksty, zajebiste granie i mamy powód, żeby nigdy nie omijać ich koncertów. Jak to bywa na festiwalu, czasu na granie nie mieli za dużo, więc miałem wrażenie dopiero co zaczęli, a już był koniec. Mighty Sounds ma to do siebie, że według rozpoczęcia i zakończenia grania poszczególnych kapel można ustawiać zegarki, więc i tym razem nie było wyjątku i Jaya The Cat skończyli o ustalonej w rozkładzie godzinie. Zaraz po nich na scenie obok nastąpiła zmiana klimatu na tym razem dobrze znany w Polsce Booze & Glory. Jakoś tak się złożyło, że nigdy ich nie widziałem na żywo. Generalnie nie ma się do czego przyczepić, bo grają sprawnie i dobrze, wykonując od lat znane riffy. Mnie się podobało, ale jakoś specjalnie mnie nie porwali i na pewno w takim graniu mam innych faworytów. Pod koniec Booze & Glory przenieśliśmy się pod scenę pod namiotem, żeby zobaczyć końcówkę koncertu Washington Dead Cats, czyli francuskie psychobilly. Nigdy ich nie widziałem, mimo tego że grają od ponad 30 lat. Grają dosyć oryginalnie i żywiołowo, do tego po scenie biega charakterystyczny wokalista, więc warto było zobaczyć chociaż kilka kawałków. Zaraz po nich trzeba było znowu zmieniać scenę i gonić na drugą stronę imprezy, żeby zmienić całkowicie klimat na rzecz Derricka Morgana. Ten sam pomysł mieli prawie wszyscy uczestnicy festiwalu i w okolicach sceny Jana Żiżki zrobiło się bardzo gęsto. Derrick, żeby wyjść na scenę potrzebował pomocy i widać po nim, że ma już skończone 75 lat. Za to jego wokal jest taki sam jak ponad 40 lat temu, więc koncert wypadł zajebiście. Słuchając go mogłem przenieść się w czasie i przypomnieć sobie jak prawie 20 lat temu zaczynałem słuchać jego płyty. Szkoda, że i tym razem koniec nastąpił zbyt szybko, ale dobrze jeszcze raz udało się go zobaczyć w bardzo dobrej formie wokalnej. Tutaj też nastąpiła kolizja i nie udało się zobaczyć angielskich przedstawicieli psychobilly - King Kurta. Ale rozkład jazdy tego dnia był na tyle bogaty, że chwilę po 12 w nocy ulokowaliśmy się pod sceną czekając na show Batmobile, tym razem holenderskiego psycho. W tym wypadku panowie też są dosyć wiekowi, bo grają ponad 30 lat, ale na koncercie zachowują się jakby dopiero zaczynali. Totalna energia i gra z prędkością światła. Aż dziwne, że kontrabasista nie pogubił palców. Mimo zmęczenia warto było poczekać na ich granie i odłożyć w czasie zaliczenie zgonu ze zmęczenia.

Niedziela standardowo rozpoczęła się od porannej ucieczki z namiotu do pobliskich sklepów i knajpy, a na 14:30 trzeba było być pod sceną Jana Husa, bo wtedy zaczynali grać The Inciters. Przed nimi ten dzień otwierali m.in. Green Smatroll i Yellow Cup odpowiednio z Czech i Niemiec. Niestety oszalałe słońce nie pozwoliło znaleźć się pod sceną. Ponoć te zespoły grały dosłownie dla kilku osób. Mimo takiej pogody na Amerykanów z Inciters trzeba było przyjść, bo czekałem na nich z 10 lat i w końcu zjawili się w Europie (mieli być kilka lat wcześniej, ale mimo zabukowanej trasy w przylocie przeszkodził im wybuch wulkanu na Islandii). Swoje granie zaczęli od razu z grubej rury i tak też wyglądał cały ich koncert. Zajebisty soul na bardzo wysokim poziomie z wykorzystaniem czterech wokalistek, sekcji dętej i reszty składu. Zagrali po kilka kawałków z każdej płyty i szkoda że musieli grać tak wcześnie, bo ich granie, śpiewanie i ubiór idealnie pasowały na wieczór i trochę dłuższy występ. Może jednak jeszcze pojawią się jeszcze w Europie i będzie można ich zobaczyć w klubie. Cały czas mając w głowie ich koncert, poszliśmy na małą scenę Jana Rochacza, zobaczyć kompletnie nam nieznany zespół ska z Holandii Mr. Wallace. Zagrali całkiem sprawnie i gdyby nie bardzo charakterystyczna wokalistka, można by napisać, że takich zespołów jest bardzo dużo, oczywiście nie licząc Polski . Po Holendrach można było trochę odpocząć, bo kolejne kapele nie były w naszym klimacie. Po dwóch godzinach na moment pojawiliśmy się w namiocie Lucky Hazzard, żeby zobaczyć ciekawostkę w postaci zespołu Rolling Bowling z Chin grającego rockabilly. Jak dla mnie główną atrakcją było to, że nie widziałem nigdy kapel z Chin, ale wokalista na tyle mocno fałszował, że po dwóch kawałkach sobie darowaliśmy i od razu poszliśmy na jedną z dużych scen na Polemic, ale tak jak w przypadku węgierskiej Pannoni zmęczyli nas dosyć szybko. Płyty i koncerty sprzed 10, czy jeszcze 5-6 lat mocno wciągały, a teraz jest już odwrotnie i w połowie ich grania odpuściliśmy sobie. Zaraz po nich w namiocie zaczynali grać Toastersi, czyli Robert "Bucket" Hingley i kolejny skład muzyków, którzy zmieniają się przy nim, jak przysłowiowe rękawiczki. Widziałem ich już kilkanaście razy, ale poza krótkim epizodem kilka lat temu, kiedy wypadali słabiej, cały czas trzymają formę, grając w kółko te same hicory. Chyba nigdy mi się nie znudzą i raz na rok można ich zobaczyć. To samo zdanie musi mieć sporo innych osób, bo duży namiot, w którym grali zapełnił się całkowicie. 40 minut energetycznego grania The Toasters minęło szybko i można było czekać na występ w tym samym miejscu Random Hand. Kapela gra mało dziś popularną mieszkankę ska/core, a robią to wyśmienicie. Grają we czterech, a robią młyn za co najmniej dwa razy tyle osób. Od pierwszego kawałka zaczęło się pogo na przemian ze skankowaniem. Pod sceną, jak i na scenie szał i uśmiechnięte szeroko gęby. Szkoda, że jest tak mało zespołów grających w tym stylu, a co gorsza odpada kolejny, bo wg zapowiedzi członków zespołu była to ich pożegnalna trasa. Biorąc pod uwagę szybie tempo gry Bucketa i spółki oraz bardzo szybko granie Angoli z Random Hand, moja energia wyczerpała się prawie do zera, szczególnie że była to niedziela i końcówka festu. Na szczęście to co chcieliśmy zobaczyć, zobaczyliśmy i już na spokojnie obejrzeliśmy po kilka kawałków czeskiego The Rocket Dogz, którzy grają całkiem dobre psychobilly, The Carburetors, który muzycznie nam nie podchodzi, ale robią fajny show pirotechniczny i na koniec odwiedziliśmy namiot Lucky Hazzard, żeby zobaczyć nieznany nam czeski zespół The Moonshine Howlers z Amerykańskim bucem na wokalu. W składzie był m.in. kontrabas, banjo, dwie gitary i perka, a całość to bardzo ciekawe granie w klimacie punk/country/rock’n’roll. Na pewno warto ich zobaczyć, bo ze sceny bije spora energia i granie na dobrym poziomie. I to był koniec bardzo intensywnych wrażeń muzycznych. Udało się zobaczyć masę kapel, tych które się dobrze znało i kilka tych, o których istnieniu nie miało się pojęcia.

Poza ganianiem pomiędzy scenami, były też jak zwykle namioty z didżejami, a w tym ten, który zawsze nas przyciąga, czyli Buben Teritory z bardzo dużą dawką muzyki puszczanej z vinyli. Klimat ten co zwykle, czyli ska/skinhead reggae/punk/Oi!/northern soul i w tych rytmach można było wywijać od popołudnia do szóstej rano każdego dnia, z czego momentami korzystaliśmy.

2015-07-24 - Stępelpowrót »