The Chancers - Trigger warning

Czesko-angielska formacja The Chancers plasuje się wysoko wśród najbardziej wytrawnych wyjadaczy praskiej sceny. Każdy, kto miał okazję widzieć ich na żywo, na pewno zapamiętał... więcej »

reklama

Nie gramy prób, obgadujemy wszystko przez telefon - The Beat...

Nie gramy prób, obgadujemy wszystko przez telefon - The Beat From Palookaville

Nie gramy prób, obgadujemy wszystko przez telefon - The Beat From Palookaville

Do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy uda mi się z nimi porozmawiać. Drugiego dnia festiwalu Freedom Sounds szłam do Gebäude 9 bez specjalnych nadziei na spotkanie. Gdyby nie pomoc Pete’a, organizatora imprezy, pewnie nic by z tego nie wyszło. W końcu znalazłam się w jednym z pomieszczeń, które klub przeznacza dla zespołów, gdzie chłopaki z The Beat From Palookaville dogadywali przebieg koncertu, który za chwilę mieli zagrać (a była to prawdziwa petarda).

Magdalena Miszewska: Chciałabym wiedzieć, w jaki sposób działa The Beat From Palookaville. Z tego, co czytałam, to jest to dla Was pewnego rodzaju poboczny projekt. Czy to prawda, że gracie w innych zespołach, a jako The Beat From Palookaville gracie od czasu do czasu?

Tommy Moberg: Nie jestem przekonany, czy to taki poboczny projekt, skoro gramy już od 8 lat. Uważam go za jeden z moich głównych projektów. Mam dwa najważniejsze zespoły i oba są dla mnie równie istotne. Nie sądzę, żeby ktoś z nas traktował Palookaville jako drugorzędne działanie. To po prostu jeden dobry projekt i zespół.

Anders Lewén: Ale wszyscy jesteśmy bardzo zajętymi muzykami.

MM: I gracie przede wszystkim bluesa?

AL: Niektórzy tak, przede wszystkim Tommy.

TM: Tak, gram też w kapeli bluesowej. Ale chłopaki grają bardzo różne rzeczy: jazz, pop albo...

AL: Heavy metal. <śmiech>

TM: ...cokolwiek. Jesteśmy zaangażowani w muzykę, po prostu. W różnych zespołach.

MM: Z tego co wiem, jako The Beat From Palookaville graliście przez lata różne gatunki muzyczne.

TM: Zaczynaliśmy od dziwacznych tematów z filmów klasy B, utworów do striptizu i tego typu rzeczy. Podstawą było oczywiście ska, ale nie druga fala, tylko tradycyjne granie. Do tego doszły nasze korzenie w postaci orkiestry bluesowej, więc jest w tym staroszkolny rhythm and blues i trochę rock and rolla. Przez lata trochę się zmieniliśmy i teraz skupiamy się przede wszystkim na r'n'b i ska. Można nas nazwać orkiestrą rhythm and ska.

MM: To nawet zabawne, bo przecież Jamajczycy przed stworzeniem ska słuchali właśnie amerykańskiego r'n'b. A teraz Wy łączycie oba te gatunki. Niewiele zespołów tak gra.

TM: Nie wiem, czy ktokolwiek to robi.

AL: Był taki angielski zespół. Big Six. Tak?

TM: Nie wiem, nigdy o nich nie słyszałem.

AL: Serio? Łączyli r'n'b, ska i rock and roll. Ale nie inspirowaliśmy się nimi, gramy własne rzeczy.

MM: A w takim razie co Was inspiruje?

AL: Stare nagrania, cała dobra muzyka - jamajska, amerykańska, latynoamerykańska, afrykańska, nawet turecka.

MM: Mówicie, że muzykę tworzycie dla zabawy. To jest coś, czego mi czasem brakuje. Sporo kapel chce swoją twórczością komentować bieżącą sytuację społeczną i polityczną. A ja mam czasami ochotę pójść na koncert po to, żeby potańczyć i miło spędzić czas. Wasze piosenki są do tego stworzone.

TM: Całkowicie się z Tobą zgadzam. Kiedy gdzieś wychodzę, chcę się dobrze bawić i zapomnieć o całej reszcie. To dotyczy też koncertów. Jako zespół nigdy nie zastanawialiśmy się nad wyrażaniem jakiegoś stanowiska w tematach politycznych. Najważniejsza jest dla nas dobra muzyka. Robimy to, co wydaje nam się właściwe i dobrze się przy tym bawimy. To nic skomplikowanego, po prostu dobre piosenki. Nie wiem, czy kiedykolwiek planowaliśmy, jakie będą nasze płyty. Słuchaliśmy, jak mówił Anders, dobrych nagrań. Każdy z chłopaków rzucał jakiś pomysł na piosenki. Anders sporo pisze, więc zrobiliśmy miks utworów autorskich i dobrych coverów, niezbyt powszechnych i mało znanych.

MM: W 2016 roku wypuściliście za jednym zamachem dwa krążki - "Come Get Ur Lovin'" i "Ska Bonanza!" ukazały się mniej więcej w tym samym czasie.

TM: Tak, ale "Ska Bonanza!" to składanka wszystkich utworów ska, które nagraliśmy. Do tego dorzucliśmy piosenki, które nie zmieściły się na pozostałych płytach. To taka bonusowa płyta. Główne to "Come Get Ur Lovin" i "Numero Uno". A tę sprzedajemy tylko na koncertach, nie wydała jej żadna wytwórnia, ani Sleazy Records ani Enviken Records, szwedzka wytwórnia, która wydała naszą pierwszą płytę. To taki nasz własny dodatek.

MM: A jeśli chodzi o "Come Get Ur Lovin'". Jak doszło do waszej współpracy z Nattym Bo przy "It's Your Voodoo Workin'"?

TM: W zasadzie ten cover to nie był mój pomysł. Ktoś inny to zaproponował.

AL: Natty wcześniej nagrał cover tej piosenki i wypuścił na siódemce. Usłyszeliśmy ją chyba w Szwajcarii i stwierdziliśmy, że jest naprawdę fajna. Nagraliśmy swoją wersję i nagle Natty Bo pojawił się w Sztokholmie. Chyba Tommy z nim rozmawiał, tak mi się wydaje.

TM: Tak. Grałem koncert z innym zespołem na imprezie, na której on był DJ-em. Zapytałem go w przerwie czy nie zechciałby dograć wokalu do naszego kawałka.

AL: Trochę czuliśmy się jakby to była jego piosenka, bo nasza wersja jest podobna do tej, którą on nagrał.

MM: Imelda May też nagrała swoją wersję tego utworu.

AL: Naprawdę? Ona jest fajna.

MM: Na płycie poza Nattym macie też innych gości.

TM: Mamy Szweda, Magnusa Carlsona, który jest teraz w Szwecji pop-soulową gwiazdą. U nas śpiewa w jednej piosence. Jest też James king. Anders wie o nim więcej.

AL: Jest z Alabamy i grał z legendami muzyki soul, Latimore i CC Hill. Ale przeprowadził się do Europy i występuje głównie na promach na trasie Oslo-Kiel-Sztokholm-Helsinki. Pracuje na miesięcznych kontraktach i czasem wpada do Sztokholmu. Zaprzyjaźniliśmy się i od czasu do czasu coś razem nagrywamy. I w ten sposób zaśpiewał naszą piosenkę "Le Bikini Microscopique".

MM: Pracujecie nad swoimi utworami w studiu czy przygotowujecie wszystko wcześniej i jedziecie tam na samo nagranie?

AL: I tak i tak. Nigdy nie gramy prób. Obgadujemy wszystko przez telefon albo kiedy się spotykamy przed koncertem, tak jak teraz i na próbach dźwięku.

MM: Nie gracie prób, tylko rozmawiacie sobie o graniu w stylu "A ja na basie zagram to tak i tak"?

AL: Dokładnie.

TM: W zasadzie to w pociągu do Kolonii rozmawialiśmy o tym, gdzie dać jakie przejścia i akordy. Reszta jest dużą zasługą praktyki i talentu. <śmiech> I nie zapominajmy o uroku osobistym. Dzięki niemu dużo może ujść na sucho.

MM: Jak właściwie powstają wasze piosenki? Wiem już, że nie gracie prób tylko omawiacie granie. Może o nagrywaniu też rozmawiacie przez telefon?

TM: Wysyłamy sobie też maile i wymieniamy opinie. Nigdy się nie zgadzamy, bo jest nas aż siedmiu. Żartowaliśmy sobie ostatnio, że nawet jak rozmawiamy po koncercie i wydaje się, że wszystkim podoba się, jak zagraliśmy jakąś piosenkę, to zawsze znajdzie się jeden, który będzie uważał, że wyszła okropnie. Tacy jesteśmy. Rozmawiamy o muzyce. Jesteśmy gadającym zespołem. <śmiech> Serio, nie mamy sali prób, nie mamy na nie czasu. Każdy z nas gra w co najmniej dwóch lub trzech zespołach. I wiesz jak to jest, mamy normalną pracę i rodziny. Nie próbujemy, ale też nie gramy zbyt często. W ten wtorek graliśmy w Sztokholmie i był to nasz pierwszy koncert od pięciu miesięcy. Mieliśmy długą przerwę i nawet o niej specjalnie nie myśleliśmy. Ale stwierdziliśmy, że skoro jedziemy do Niemiec na dwa festiwale, to powinniśmy zagrać jakiś próbny koncert na rozgrzewkę. Później może zrobimy sobie dwumiesięczną przerwę zanim znów się spotkamy i zagramy. Tak to działa.

AL: Autorskie utwory na płyt zazwyczaj piszę ja. Potem przygotowuję proste demo, które wysyłam chłopakom i czekam na to, co dodadzą od siebie. Każdy wcześniej słucha piosenek i robimy krótką próbę w studiu.

MM: Zawsze funkcjonowaliście w ten sposób? Kiedy się poznaliście, to każdy z was miał takie samo podejście do tworzenia muzyki?

AL: W zasadzie tak. Grywaliśmy razem w różnych konfiguracjach jeszcze przed The Beat Of Palookaville, więc dobrze się znamy. Poza tym gościem tu. Jego nie znamy. Gra z nami trzeci albo czwarty koncert.

Ubbe Hed: W sumie to znaleźliśmy go w jakimś rowie. Spytałem go, dlaczego płacze, a on powiedział, że nie ma żadnego zespołu, w którym mógłby grać. Zaproponowałem mu, żeby grał z nami. <śmiech>

MM: To bardzo miłe z twojej strony.

AL: A jak wygląda scena ska w Polsce?

MM: Teraz Ty przeprowadzasz wywiad ze mną? Mamy dwa świetne zespoły. Jeden to The Bartenders, grają ska-jazz. To fantastyczni muzycy.

TM: Dobrze.

MM: O, mówisz po polsku?

TM: Dobranoc. Dobrze.

Christer Björklund: Ja mam polskie pochodzenie. Moi dziadkowie przeprowadzili sie z Grodna. Po tym, jak przesunięto granicę, to miasto znalazło się na Białorusi. Chciałem tam wrócić. Ale nie na Białoruś, tylko do Polski. Ale to miasto nie leży już w tym kraju.

MM: Może mógłbyś wybrać sobie jakieś inne? Mamy kilka ładnych miast.

AL: Mam do ciebie jeszcze jedno pytanie. Możemy zagrać jakiś koncert w Polsce?

MM: No pewnie.

UH: Powiedz tam wszystkim, żeby nas ściągnęli.

AL: Chcielibyśmy pojechać i zagrać. Kupujcie nasze płyty albo sprawdźcie nas w Internecie.

TM: Bardzo chcielibyśmy pojechać do Polski.

2018-03-31 - Magdalena Miszewskapowrót »