HotShotWear
The Chancers - Trigger warning

Czesko-angielska formacja The Chancers plasuje się wysoko wśród najbardziej wytrawnych wyjadaczy praskiej sceny. Każdy, kto miał okazję widzieć ich na żywo, na pewno zapamiętał... więcej »

reklama

Chcielibyśmy dać ludziom trochę nadziei, optymizmu i...

Chcielibyśmy dać ludziom trochę nadziei, optymizmu i poczucia wspólnoty.

Chcielibyśmy dać ludziom trochę nadziei, optymizmu i poczucia wspólnoty.

Soul na imprezach z najpiękniejszą muzyką jamajską nikogo nie dziwi. Ale mam wrażenie, że w ostatnich latach jest go w programach różnych festiwali trochę więcej. Albo może wcześniej nie zwracałam na to uwagi. Koncertu Stone Foundation podczas Freedom Sounds nie dało się przeoczyć, bo do Kolonii przyjechali w roli głównej gwiazdy pierwszego dnia imprezy. Podczas trwającego na dużej sali koncertu The Bluebeaters rozmawialiśmy chwilę o ich świeżo wydanej płycie „Street Rituals”, którą nagrali z ojcem chrzestnym modsów – Paulem Wellerem.


Magdalena Miszewska: Jak mają się modsi w Wielkiej Brytanii?

Neil Sheasby: Nadal trwają, rozkwitają i ewoluują. To nie tylko moda, ale styl życia i wciąż ma się dobrze.

MM: Wydaje mi się, że niedługo możemy mieć do czynienia z ich kolejnych odrodzeniem, o ile możemy tę sytuację w ten sposób określić. Festiwale ska coraz częściej zapraszają na swoje sceny muzyków soulowych. Tak jest podczas Freedom Sounds, ale też na przykład This Is Ska w Rosslau jest coraz bardziej różnorodne.

NS: Myślę, że ruch modernistyczny ciągle się rozwija. Jest takim szerokim parasolem, pod którym dużo się kryje. Spora jego część może być powrotem do przeszłości, ale bywa też tak, jak w naszym przypadku. Bo my jesteśmy raczej oldschoolowi, ale staramy się wybiegać w przyszłość, czyli robić to, co zawsze było domeną modernistów. Jesteśmy jedną nogą w przeszłości, ale idziemy naprzód.

Neil Jones: Najbardziej interesujący aspekt tego ruchu, ten, który definiuje prawdziwych modernistów, jest według mnie w tej chwili obecny w soulu, jazzie i tego typu muzyce. To nas bardzo teraz ekscytuje – różne style soulu. Pracując nad nową płytą mieliśmy w głowie albumy z wczesnych lat siedemdziesiątych, Syla Johnsona i innych w tym klimacie. Ale zawsze staramy się dodać coś od siebie, brytyjskie brzmienie. I o to naprawdę chodzi w moderniźmie. Nie o małpowanie przeszłości, ale czerpanie z niej inspiracji do dalszej drogi.

MM: Ale cofnijmy się na chwilę w czasie do początków Stone Foundation. Mieliście dosyć nietypowy pomysł na założenie zespołu. Zazwyczaj paru gości, często młodych, spotyka się i zaczyna grać razem nie do końca nawet wiedząc, co z tego wyniknie. Wy najpierw dopracowywaliście sam pomysł na zespół, a dopiero potem założyliście Stone Foundation.

NS: Trochę czasu nam to zajęło. Ale to dlatego, że jesteśmy dużym zespołem. W składzie mamy osiem osób. To nie zadziałoby się z dnia na dzień. Musieliśmy znaleźć właściwych ludzi, którzy grali na odpowiednich instrumentach i którzy mieli taką samą wizję jak my. Zrobiliśmy wszystko na odwrót. Większość kapel, tak jak powiedziałaś, zaczyna w młodym wieku, odnosi jakiś sukces i znika po dwóch, trzech latach. My długo pracowaliśmy na naszą pozycję grając jako support w londyńskich klubach. Ten proces trwał, ale ciągle szliśmy naprzód aż do miejsca, w którym jesteśmy teraz.

NJ: Naszym napędem były moda i muzyka, a w zasadzie ich mieszanka. Kiedy zaczynaliśmy rozmawiać o muzyce i o tym, jak chcemy, żeby nasz zespół wyglądał, najważniejsze było dla mnie poczucie przynależności, takie jak w gangu. Wiele zespołów ma coś takiego, na przykład Graham Parker and The Rumour. To bardzo ważne. Niestety kapele nie przywiązują już tyle wagi do tego, jak wyglądają. Dawniej, kiedy wchodziło się do klubu i patrzyło na gościa na scenie, to on wyglądał jak gwiazda rock and rolla. Teraz tego już nie ma. Muzycy nie zwracają uwagi na to, w co się ubierają i na swój wizerunek. A to też jest ważne.

MM: Zgadzam się z Tobą. Lubię , kiedy koncert jest czymś więcej niż tylko odtworzeniem muzyki z albumu. Płytę mogę sobie włączyć w domu.

NS: Dokładnie o to nam chodzi. Chcemy, żeby nasze wieczorne wyjście na tę scenę dla wszystkich było wydarzeniem. To też jest część tego, kim jesteśmy. A wracając do tego poczucia przynależności, o którym mówił Neil, to wykracza ono poza muzykę. Czerpiemy też z tych samych książek i filmów.

MM: Poczucie przynależności przenosi się też w waszym przypadku na odbiorców. Czytałam, że macie wiernych fanów, którzy jeżdżą za wami z koncertu na koncert.

NJ: Dopiero co parkowaliśmy pod hotelem i widzieliśmy, że jest tam już ekipa z Hamburga. Przyjechali na nasz dzisiejszy koncert, jutro zobaczą nas w Hamburgu, a później jadą jeszcze do Islington w Londynie. Wiemy też, że na koncert w Hamburgu przyjadą ludzie z Wielkiej Brytanii. To nam bardzo pochlebia. Te grupy fanów zrosły się z nami, chcąc obcować z muzyką, którą uważają za dobrą.

MM: Obaj macie na imię Neil i obaj jesteście głównymi kompozytorami w Stone Foundation. Czy w jakiś sposób dzielicie się pracą nad piosenkami? Jeden Neil odpowiada za coś, a drugi za coś innego?

NJ: Niezupełnie. To się dzieje tak po prostu. Obaj mamy dyktafony, na które nagrywamy rzeczy.

NS: Robimy to, co ty teraz.

NJ: I wysyłamy sobie nawzajem te nagrania. W ten sam sposób pracowaliśmy z Paulem Wellerem. On nam coś wysyłał, my jemu i tak powstała nasza płyta.

MM: Skoro rozmawiamy o „Street Rituals”, to muszę Was zapytać, jak doszło do jej nagrania. To naprawdę świetna historia, kiedy grasz w kapeli i pewnego dnia dzwoni do Ciebie Paul Weller z pytaniem, czy czegoś byście razem nie nagrali.

NJ: Paul słyszał kilka naszych ostatnich albumów i spodobały mu się niektóre piosenki. Któregoś dnia zadzwonił zupełnie znienacka i powiedział, że uwielbia naszą poprzednią płytę, „A Life Unlimited”. Akurat pracował nad utworem i zapytał, czy byśmy nie rzucili na niego uchem. Poszliśmy za ciosem i przesłał nam to, co miał. W studiu powstała z tego piosenka „The Limit Of A Man”. I od tego się zaczęło, ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co z tego będzie. Paul zaprosił nas do studia, spędziliśmy z nim 2-3 dni i mieliśmy już połowę płyty. Wszystko działo się bardzo szybko. Na nic nie naciskaliśmy, to wydarzyło się zupełnie naturalnie.

NS: Nie wiedzieliśmy, czego mamy się spodziewać. Czy wyjdzie z tego coś więcej niż jedna piosenka, może EP-ka albo cały album. Po pierwszej sesji okazało się, że Paul bawi się przy tym tak dobrze, jak my. Chciał znów z nami pracować i tak to eskalowało. Skończyło się na tym, że zagrał w każdym kawałku i wyprodukował całość.

MM: A kiedy przyszliście do Paula do studia, to zrobił wam herbatę i wcale nie wyglądał rockandrollowo.

NS: Pierwsza rzecz, którą zrobił, to było nastawienie czajnika i herbata.

NJ: Musisz pamiętać, że początkowo to było po prostu pięć obcych sobie osób w studiu i ani on nie wiedział, czego się spodziewać po nas, ani my po nim. Pierwsze 10 minut spędziliśmy na orientowaniu się wokół, a potem po prostu staliśmy się grupą muzyków tworzących wspólnie.

NS: Paul jest dosyć antyrockandrollowy. Nie wiem, czy będzie zadowolony z tego, że to mówię, ale to bardzo skromny i rozsądny człowiek.

NJ: I bardzo sympatyczny.

NS: Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak jest sławny. Jestem pełen uznania, że wciąż taki jest po tylu latach kariery.

NJ: Zakumplowaliśmy się i stworzyliśmy album, z którego wszyscy jesteśmy dumni. Szczególnie Paul. Jest z niego bardzo dumny i to naprawdę miłe, kiedy uważa tak ktoś, kogo się podziwia.

MM: Piosenka „Your balloon is rising”, którą śpiewa Paul Weller ma długą historię. Ile lat temu ją napisaliście?

NS: Chyba 15 lat temu. Był to jeden z pierwszych utworów, który napisaliśmy wspólnie po założeniu zespołu. Dziwnym trafem po latach obaj jednocześnie wróciliśmy do pracy nad nim i żaden z nas nie wiedział, że ten drugi też to robi. To okazało się dopiero później. Neil pamiętał refren, ale zwrotki napisał na nowo. Wszystko szybko połączyło się w całość. Zanim trafiliśmy do studia, nie planowaliśmy, że Paul zaśpiewa tę piosenkę. Neil zasugerował, że dobrze brzmiałaby z jego wokalem i Paul go nagrał. Powiedział, że to jedna z najlepszych rzeczy, do której przyłożył rękę, a w zasadzie głos.

NJ: To wszystko było bardzo urocze. Na samym początku naszego zespołu, kiedy zaczynaliśmy pisać piosenki, siedzieliśmy we dwóch z notatnikiem i dyktafonem. Fajnie było do tego wrócić. Zupełnie przypadkowo obaj znów pomyśleliśmy o tej piosence, a stała się jednym z najjaśniejszych punktów na naszej płycie.

MM: Być może niektóre piosenki potrzebują kogoś z zewnątrz, żeby powstać.

NJ: Masz rację. Myślę, że Paul ma taką umiejętność dodawania do rzeczy czegoś magicznego.

NS: Można to odnieść do całej płyty. Pracując nad nią mieliśmy dodatkową parę oczu i uszu, co wcześniej nam się nie zdarzało. Paul włożył w nią dużo świeżego spojrzenia i sporo się od niego nauczyliśmy.

MM: A nie obawialiście się, że zapraszając do współpracy gwiazdę, ojca chrzestnego modsów, sami zostaniecie na tej płycie gdzieś z tyłu?

NS: Takie myślenie trzeba zostawić za drzwiami. Nie myśleliśmy o tym, że pracujemy z Paulem Wellerem. Muzyka, którą tworzyliśmy była jak ulica dwukierunkowa – on miał z niej taką samą frajdę, jak my. Dlatego chciał to ciągnąć dalej.

NJ: To, że jest to przede wszystkim płyta Stone Foundation, było też ważne dla Paula. Był na niej gościem, wziął udział w pracach i zrobił to, co zrobił, ale to wciąż nasz album. Kiedy miał się ukazać, Paul nie chciał, żeby na okładce było napisane „Stone Foundation i Paul Weller”. Chciał, żeby to nasz zespół był w centrum zainteresowania, bo uważał, że na to zasługujemy. To bardzo miłe.

MM: Czy gracie albo planujecie zagrać jakieś wspólne koncerty?

NJ: Nigdy nie wiadomo, jak będzie, tyle mogę powiedzieć. Od kiedy nagraliśmy płytę, wpadaliśmy do jego studia Black Barn wiele razy, żeby z nim posiedzieć, pojamować. To naprawdę przyjazny facet. Ale też bardzo zajęty. Jego nowy, swoją drogą fantastyczny, album wychodzi w maju. Ma w tym roku sporo roboty.

MM: Może zaprosi Was na wspólną trasę?

NJ: Nigdy nic nie wiadomo. To było bardzo miłe z jego strony, że zaprosił nas do supportowania go w Royal Albert Hall w Londynie w zeszły weekend. To było niesamowite. Poznaliśmy Ronniego Wooda, Rogera Daltrey’a i innych. To dla nas wspaniały czas. Nie mogę się doczekać dzisiejszego wejścia na scenę.

MM: Któryś z Was powiedział kiedyś, że soul to idealna muzyka do spacerowania po ulicach. Można po prostu włączyć swoje ulubione kawałki i szwendać się po mieście.

NJ: Ktoś tu zrobił spory research.

NS: I chyba cię stalkuje <śmiech>

NJ: Cały czas tak uważam. Kiedy słucham naprawdę dobrego soulu zawsze mam w głowie taki obrazek jak z okładki „What’s Going On” - Marvina Gaye’a w tej niesamowitej kurtce – i z nagrań wideo z tamtego czasu, na których po prostu sobie chodzi i śpiewa. Podczas słuchania muzyki wpadam w taki nastrój. Najlepszy soul przenosi cię w zupełnie inne miejsce.

NS: Takimi albumami jak „Street Rituals” próbujemy opowiedzieć o tym, o co nam chodzi. To bardzo obrazowy tytuł. Album opowiada o kimś, kto wybrał się w podróż po przedmieściach i obserwuje, co dzieje się dookoła. Jest też komentarzem społecznym do czasu podziałów, w którym teraz żyjemy, szczególnie w Zjednoczonym Królestwie.

NJ: To dla nas ważne. Słyszeliśmy też o demonstracji, która ma się tu odbyć dziś. [protest przeciwko kongresowi AFD, który odbywał się w Kolonii w tym czasie, co festiwal – red.].

NS: Chyba jutro.

NJ: Nie jestem pewien. Ale ma być demonstracja.

NS: Jest tu dużo policji.

NJ: Świat jest teraz bardzo podzielony. A ludzie powinni się jednoczyć, zamiast wznosić barykady i wytyczać granice. Powinni przyjmować wszystkie kultury.

NS: Myślę, że politycy są teraz na całym świecie wykorzystywani jako narzędzia do dzielenia ludzkości. To jakaś taktyka. Obserwujemy to dookoła, ale chcielibyśmy dać ludziom trochę nadziei, optymizmu i poczucia wspólnoty. Media społecznościowe w niczym nie pomagają. Tam każdy jest teraz politykiem. Chcieliśmy się do tego odnieść. Zbyt dużo się dzieje, żeby pisać piosenki o tym, że ona kocha jego, a on ją. Mamy coś więcej do powiedzenia.

NJ: Chcieliśmy nagrać płytę, która sprawi, że ludzie zaczną myśleć o innych i o tym, w jakich są z nimi stosunkach. Spędzam sporo czasu w Coventry, bo mieszkam na obrzeżach. Są tam wspaniałe multikulturowe społeczności i żyją w zgodzie. Wszystkie muszą sobie radzić z problemami finansowymi, ale ze sobą współdziałają. Są tacy, którzy sugerują, że jako ludzie zawsze jesteśmy gotowi rzucić się sobie nawzajem do gardeł, ale moim zdaniem wcale tak nie jest.

MM: Czy wciąż uważacie, że muzyka może ludzi zjednoczyć?

NS i NJ: Tak jest.

NS: Widać to dziś na Freedom Sounds. To oczywiste, że tak jest.

NJ: Napisaliśmy piosenkę „Season Of Change” w połowie zeszłego roku. Bettye LaVette dograła wokal, a teledysk ukazał się jakieś trzy tygodnie po tym, jak Donald Trump został wybrany na prezydenta. Bettye brzmi jakby błagała ludzi, żeby przestali kłócić się bez sensu i rozmawiać o wojnie i nie wiadomo, czym jeszcze i zaczęli jako ludzkość współdziałać.

NS: To też piosenka o tym, żeby patrzeć dalej niż własny ogródek, zobaczyć szeroki kontekst.

NJ: Chodzi nam o to, co robili The Staple Singers - śpiewali wspaniałe piosenki o nadziei i zbliżali ludzi do siebie. Tak powinna działać muzyka.

2018-05-29 - Magdalena Miszewskapowrót »