HotShotWear
The Chancers - Trigger warning

Czesko-angielska formacja The Chancers plasuje się wysoko wśród najbardziej wytrawnych wyjadaczy praskiej sceny. Każdy, kto miał okazję widzieć ich na żywo, na pewno zapamiętał... więcej »

reklama

Alaska – Something in between

Alaska – Something in between

Alaska – Something in between

Recenzowany album stanowi, nie licząc wydanej w 2005 r. EPki pt. „Claiming Land”, drugą studyjną odsłonę Szwajcarów pochodzących z Zurychu (pierwszą zaś pod szyldem Leech Redda). Jest to propozycja skierowana przede wszystkim do fanów amerykańskiej szkoły ska/rocksteady, którą swego czasu rozsławili w świecie The Slackers. Myliłby się jednak ten, kto spodziewałby się czystego naśladownictwa, albowiem Alaska na brak pomysłów nie narzeka i miejscami bliżej jest jej do jamajskiej klasyki. Aby nie tracić czasu na zbędne kombinowanie z klasyfikacją twórczości rodaków Wilhelma Tella, napiszę tylko jeszcze, iż do dwóch wymienionych powyżej gatunków dochodzą incydentalnie reggae, soul oraz jazz, co zapowiada mieszankę tyleż ciekawą, co urozmaiconą.

Tak też jest w istocie. Zaczyna się mocno slackersowskim „Something in between”, który z miejsca nastraja mnie do płyty pozytywnie, bowiem twórczość mieszkańców Nowego Jorku traktuję z ogromną sympatią. O dziwo, wytyczona linia nie jest konsekwentnie kontynuowana, ale dzięki temu udało się uniknąć wtórności, która od jakiegoś czasu dopadła pokrewnych stylistycznie The Moon Invaders. Szwajcarzy grają lekko i odprężająco, ale szczerze powiedziawszy niezbyt słychać, że w zespole udziela się aż dziewięciu muzyków. Sekcja dęta nie ma zbyt wielkiej mocy, a na domiar złego jej aktywność również jest umiarkowana, ale wszelkie narzekanie na Alaskę byłoby nieuzasadnione, ponieważ takie utwory jak „Mr Past” są w stanie zamknąć usta każdemu krytykowi. Sztuka nie polega na tym, by popisywać się na prawo i lewo wyuczonymi umiejętnościami, ale by odpowiednio zagospodarować je z korzyścią dla grupy. Zresztą, ska-jazzowe „Burning street” pokazuje klasę instrumentalistów w pełnej krasie.

Fani soulowych wtrętów rozsmakują się bez wątpliwości w „48 rodeo drive” oraz „Something else”, miłośnicy starego reggae także nie powinni narzekać na brak miłych uszom wrażeń, szczególnie jeśli cenią sobie dokonania The Aggrolites. Wychodzi na to, że mamy do czynienia z albumem kompletnym, co, zważywszy na miejsce jego pochodzenia, nieco dziwi, bowiem Szwajcaria kojarzona jest w świecie przede wszystkim przez pryzmat czekolady, banków i ręcznych zegarków, ale jak widać jest stamtąd znacznie bliżej na Jamajkę, niż mogłoby się wielu osobom wydawać.

Mnie Alaska oczarowała bez reszty i choć mam świadomość, że niektóre elementy można jeszcze podszlifować (ach, ta sekcja dęta...), to takie sympatyczne połączenie kilku gatunków podlane amerykańskim sosem zawsze jest przeze mnie dobrze widziane. Dzieje się tak tym bardziej, że tak wysoka dyspozycja opisywanej kapeli stanowi dla mnie spore zaskoczenie. Ilu fanów ska jest w stanie wymienić bez zastanowienia choćby pięć zespołów pochodzących z górzystej Szwajcarii? Być może Alaska jest zwiastunem pewnego przełomu i już niedługo nie będzie to aż tak dużą sztuką...

Leech 2009

2009-03-14 - Rudepowrót »