Historia Ska - Train to Skaville
Historia ska w pigułce! Kompendium wiedzy o ska nie tylko dla początkujących. Wszystko co chciałbyś wiedzieć o ska, ale boisz się spytać! Co było pierwsze - ska czy reggae? Skąd... więcej »

Ken Guru & The Highjumpers – The sound of...

Ken Guru & The Highjumpers – The sound of...
Gdyby nie fakt, że pochodzącym z Drezna Ken Guru & The Highjumpers przyszło dzielić swego czasu scenę ze szczecińską Vespą, zapewne nigdy nie usłyszałbym o tym zespole. Straciłbym tym samym możliwość poznania naprawdę interesującej grupy, na nadmiar których w ostatnich latach Niemcy narzekać nie mogą. Szczęśliwości splotu okoliczności, który doprowadził do zapoznania się przeze mnie z recenzowaną płytą dopełnia fakt, iż jest to własne wydawnictwo zespołu. Gdyby wszystkie kapele wypuszczały płyty w podobny sposób, to żadne wytwórnie nie byłyby potrzebne. Ot, niemiecki perfekcjonizm.
Zespół w tworzonych przez siebie utworach dość płynnie porusza się w obrębie dirty reggae wzbogaconego soulem, który przejawia się przede wszystkim w sposobie śpiewania wokalisty. Patrząc na zdjęcia muzyków dość trudno nie oprzeć się wrażeniu, że średnia wieku do najwyższych nie należy i może właśnie dlatego w twórczości drezdeńczyków najbardziej słyszalna jest fascynacja dokonaniami The Aggrolites. Otwierające album „The sound of Ken Guru” oraz „Looking for a girl” obdzierają słuchacza z wszelkich złudzeń, choć następujący po nich „Postcards” trąci mocno stylem charakterystycznym dla Westbound Train. Uważny czytelnik zauważy, że póki co padły nazwy jedynie amerykańskich formacji i jest to trop słuszny, albowiem „zamerykanizowane” brzmienie stało się na Starym Kontynencie normą, a Niemcy podążyli tym tropem z całą gorliwością.
Cieszy przede wszystkim fakt, że panowie nie poskąpili funduszy na dobre studio i materiał pod kątem jakości dźwięku prezentuje się bardzo dobrze. Udało się nawet uzyskać lekko przestrzenne brzmienie, a to dla niektórych realizatorów wyższa szkoła jazdy. Instrumenty nagłośnione zostały odpowiednio i na szczęście nie trzeba się wgryzać w ścianę słysząc zagłuszające wszystko bicie perkusji (trauma po „Bujaj się...” wspomnianej już tu Vespy pozostała mi po dziś dzień). Za największy plus krążka należy uznać piękną współpracę saksofonisty z klawiszowcem, bo jest to element, który u większości reggae’owych kapel szwankuje. Moje ukłony dla muzyków i pracowników Supow Studio.
Podoba mi się również odpowiednie dozowanie tempa. W jednej chwili słuchacza atakuje energiczny „Pressure” (będący chyba najlepszą kompozycją zamieszczoną na płycie), by za chwile zmienić się w nastrojowy „Thank you”. Incydentalne utwory instrumentalne dają chwilę niezbędnego wytchnienia, dzięki czemu naprawdę można cieszyć się „The sound of Ken Guru & The Highjumpers” w domowym zaciszu. Przyznam, że chętnie sprawdziłbym dyspozycję naszych zachodnich sąsiadów na jakimś koncercie, ale zanim dane mi będzie skonfrontować moje wyobrażenia na ten temat z rzeczywistością, spieszę donieść, że mamy do czynienia z narodzinami nowej nadziei Środkowej Europy. Wyboru nie ma – można już tylko pójść za ciosem i przekonać niedowiarków. Czego z całego serca zresztą życzę.
Rude
2009-03-31 - Rudepowrót »
Zespół w tworzonych przez siebie utworach dość płynnie porusza się w obrębie dirty reggae wzbogaconego soulem, który przejawia się przede wszystkim w sposobie śpiewania wokalisty. Patrząc na zdjęcia muzyków dość trudno nie oprzeć się wrażeniu, że średnia wieku do najwyższych nie należy i może właśnie dlatego w twórczości drezdeńczyków najbardziej słyszalna jest fascynacja dokonaniami The Aggrolites. Otwierające album „The sound of Ken Guru” oraz „Looking for a girl” obdzierają słuchacza z wszelkich złudzeń, choć następujący po nich „Postcards” trąci mocno stylem charakterystycznym dla Westbound Train. Uważny czytelnik zauważy, że póki co padły nazwy jedynie amerykańskich formacji i jest to trop słuszny, albowiem „zamerykanizowane” brzmienie stało się na Starym Kontynencie normą, a Niemcy podążyli tym tropem z całą gorliwością.
Cieszy przede wszystkim fakt, że panowie nie poskąpili funduszy na dobre studio i materiał pod kątem jakości dźwięku prezentuje się bardzo dobrze. Udało się nawet uzyskać lekko przestrzenne brzmienie, a to dla niektórych realizatorów wyższa szkoła jazdy. Instrumenty nagłośnione zostały odpowiednio i na szczęście nie trzeba się wgryzać w ścianę słysząc zagłuszające wszystko bicie perkusji (trauma po „Bujaj się...” wspomnianej już tu Vespy pozostała mi po dziś dzień). Za największy plus krążka należy uznać piękną współpracę saksofonisty z klawiszowcem, bo jest to element, który u większości reggae’owych kapel szwankuje. Moje ukłony dla muzyków i pracowników Supow Studio.
Podoba mi się również odpowiednie dozowanie tempa. W jednej chwili słuchacza atakuje energiczny „Pressure” (będący chyba najlepszą kompozycją zamieszczoną na płycie), by za chwile zmienić się w nastrojowy „Thank you”. Incydentalne utwory instrumentalne dają chwilę niezbędnego wytchnienia, dzięki czemu naprawdę można cieszyć się „The sound of Ken Guru & The Highjumpers” w domowym zaciszu. Przyznam, że chętnie sprawdziłbym dyspozycję naszych zachodnich sąsiadów na jakimś koncercie, ale zanim dane mi będzie skonfrontować moje wyobrażenia na ten temat z rzeczywistością, spieszę donieść, że mamy do czynienia z narodzinami nowej nadziei Środkowej Europy. Wyboru nie ma – można już tylko pójść za ciosem i przekonać niedowiarków. Czego z całego serca zresztą życzę.
Rude
2009-03-31 - Rudepowrót »