The Chancers - Trigger warning

Czesko-angielska formacja The Chancers plasuje się wysoko wśród najbardziej wytrawnych wyjadaczy praskiej sceny. Każdy, kto miał okazję widzieć ich na żywo, na pewno zapamiętał... więcej »

reklama

Big Mandrake, Ziggie Piggie

Big Mandrake, Ziggie Piggie

Big Mandrake, Ziggie Piggie
2013-07-28
Warszawa
miejsce: Fonobar

Nie lubię ska-punka, nigdy nie lubiłem. Traktowałem go zawsze jako zło konieczne, pozwalające okazjonalnie przekonać jakąś zbłąkaną owieczkę do tradycyjnych jamajskich brzmień. Sporadycznie zdarzały mi się jakieś przebłyski, w których potrafiłem przez chwilę docenić pojedyncze numery, by zaraz potem zapomnieć o ich istnieniu. Zresztą przecież jak można grać taką toporną łupaninę, jeśli się ma choćby przyzwoite muzyczne umiejętności? No jak? Otóż okazuje się, że można. Wychodzi też na to, że wcale nie musi to być takie znowu denne dręczenie instrumentów. Kolejne tegoroczne koncerty udowadniają mi krok po kroku, że ska-punk da się polubić i każą nieco zrewidować muzyczny światopogląd.

Zaczęło się od Reel Big Fish, które w marcu zaskoczyło mnie swoją energią i zupełnie fajnym brzmieniem w wersji live. Później z dotychczasowych kolein postrzegania tego gatunku zupełnie wytrącili mnie panowie z argentyńskiego Karamelo Santo, dając świetny sceniczny popis na festiwalu Reggaeland w Płocku. Trzecią kapelą, która nic a nic nie pasuje mi do przyjętego schematu jest wenezuelski Big Mandrake, który w minioną niedzielę miałem okazję zobaczyć na żywo w warszawskim klubie Fonobar.

Panowie przyjechali z Ameryki Południowej na całą europejską trasę, która między innymi dzięki nowo powstałej agencji Tone2tone nie ominęła naszego kraju. Pierwszy koncert odbył się w Sosnowcu, a dzień później Big Mandrake w towarzystwie znanych i lubianych Ziggie Piggie przyjechali do Warszawy. Trzeba przyznać, że organizatorzy mieli tu zdecydowanie pod górkę. Nie od dziś wiadomo, że tego typu imprezy w sezonie wakacyjnym naznaczone są dużym ryzykiem. Któż mógł jednak przypuszczać, że jeden z najgorętszych dni lipca przypadnie akurat na niedzielę występu Wenezuelczyków w stolicy? Jeszcze więc trudniej było i tak dość leniwych warszawskich fanów ska-dźwięków zmobilizować do ruszenia się z domu. Niestety przełożyło się to na bardzo skromną frekwencję.

Myliłby się jednak ten, kto podejrzewałby, że całe wydarzenie zakończyło się klapą, ale po kolei. Pierwsi na scenie pojawili się oczywiście Ziggie Piggie. W roli wokalistki działa tu obecnie Gabi znana też z Natural Mystic i spisuje się znakomicie. Świetnie radzi sobie z całym repertuarem i nie brak było momentów naprawdę rewelacyjnych. Stecyk muzykiem jest wybitnym, wiadomo to nie od dziś. Tym razem nie było inaczej. Nie przestaje mnie zadziwiać luz i lekkość z jakimi obchodzi się z perkusją. Formy zdecydowanie mu nie brak. Do tego bas i dwie gitary, na jednej z nich nasz wenezuelski rezydent w Warszawie, Victor Quero. Klawisze bardzo dobrze uzupełniały całe brzmienie, a trąbka znanego z warszawskich składów Mikołaja idealnie grała jednoosobową sekcję dętą. Ciężko mi tu robić za autorytet, bo bardzo dawno nie miałem do czynienia z tą zagłębiowską ekipą, ale wrażenie zrobili na mnie zdecydowanie pozytywne. To co pamiętam bywało znacznie gorsze, a teraz wyszło zupełnie fajnie. Podobało mi się. Mogło być pewnie w tym graniu ciut więcej zapału i energii, może mogło być nieco dłużej, ale też przecież nie zaszkodziłoby trochę więcej ludzi pod sceną. Kapeli na pewno grałoby się zupełnie inaczej. Mniejsza o to, ważne, że dali z siebie naprawdę dużo i ze starcia z pustawym parkietem wyszli jak najbardziej obronną ręką. Brawo!

Już podczas grania Ziggie Piggie przyuważyłem przyglądających się im uważnie i wesoło podrygujących pod samą sceną Wenezuelczyków. Ich zachowanie dobrze wróżyło, zawsze miło jeśli zagraniczne gwiazdy widzą cokolwiek poza czubkiem własnego nosa. Panowie sprawiali jednak wrażenie odrobinę zdezorientowanych. W zasadzie nic dziwnego, biorąc pod uwagę frekwencję dzień wcześniej, kiedy to w Sosnowcu na koncercie stawiło się ponad sto osób. Widoczne braki wśród publiczności musiały być dla nich tym bardziej niezrozumiałe, że upalne temperatury, jakie tego dnia skutecznie wystraszyły potencjalnych gości, w ich ojczyźnie nie należą przecież do rzadkości. W końcu jest lato, więc musi być gorąco. Trudno, nie ma co więcej rozczulać się nad tym tematem. Przejdźmy do meritum, czyli do samego występu.

W tygodniach poprzedzających imprezę kilkakrotnie przesłuchałem wydaną niedawno płytę. Można powiedzieć, że poznałem ją na tyle dobrze, by rozpoznawać niektóre numery, ale za konesera z całą pewnością uchodzić bym nie mógł. Koncert zaczęli od kompozycji, których nie byłem w stanie zidentyfikować. Brzmiało to bardzo fajnie, nie za mocno, nie za szybko, melodyjnie, jak na ska-punka tak zupełnie w sam raz. Widząc chyba bardzo pozytywną reakcję bawiących się pod sceną, dość szybko postanowili wrzucić na tapetę swój największy hit, czyli "Ye, ye ye". Od tego momentu zrobiło się już naprawdę intensywnie. Coraz bardziej przebojowe kawałki, coraz większy entuzjazm po obu stronach głośników, momentami zdawało się, że zaraz coś wybuchnie. Gdyby nie, delikatnie mówiąc, słabe i regularnie trzeszczące nagłośnienie, można by było mówić o prawdziwym muzycznym blitzkriegu. Tak, było po prostu bardzo silne uderzenie. Kapela potrafiła też ładnie zwalniać i dobrą chwile w całkiem stylowy sposób pograć bardziej reggae'owo. Biodra bujały się same. W późniejszej części koncertu było już tylko coraz lepiej. Przyszedł czas na dzikie solówki na kolejnych instrumentach. Największe wrażenie robiły chyba te na trąbce i saksie, panowie naprawdę wyczyniali cuda. Granie na gitarze przy pomocy statywu mikrofonu przesuwanego po strunach przez wokalistę i drugiego gitarzystę również nie pozostawiło nikogo obojętnym. Świetny kontakt z publicznością miał właśnie wokalista, podobnie jak jego kolega z saksofonem, nie stroniący od wycieczek pośród fanów. Nie zabrakło też wokalno-ruchowych zabaw z publicznością. Energia w tym wszystkim była wręcz niesamowita, nie było mowy o jakimkolwiek odpuszczaniu, czy graniu na pół gwizdka, 100% poświęcenia. Później dowiedziałem się, że było nawet lepiej niż dzień wcześniej. Zresztą niech o czymś świadczy, że garstka zgromadzonych fanów zdołała dwukrotnie wywołać wyraźnie zaskoczony zespół na bis. Pełen szacunek!

Do domu wróciłem wręcz wykończony i zadowolony jak mało kiedy. Kompletnie nie spodziewałem się aż takich atrakcji. Zapowiadający się raczej zwyczajnie niedzielny wieczór okazał się niespotykaną koncertową petardą. Życzyłbym sobie więcej podobnych niespodzianek. Koncertowe ska-lato trwa! Mam nadzieję, że kolejni muzyczni goście nie będą w gorszej kondycji, a Wenezuelczycy z Big Mandrake ciepło, a nawet gorąco wspominać będą Warszawę i wrócą tu jeszcze nie raz.

2013-08-16 - Michał Budzikpowrót »