Susan Cadogan: W życiu ma się tylko jedną szansę na wszystko

– Takie życie, kiedy chce się nagrać wywiad z artystą, nie można być wszędzie – myślałam urywając się z koncertu Soothsayers na tegorocznej edycji festiwalu Freedom Sounds. W hotelu nieopodal czekała na mnie Susan Cadogan, jamajska wokalistka, która zasłynęła w latach siedemdziesiątych hitem „Hurt So Good” nagranym dla Lee Perry’ego.

Wieczorem Królowa Lovers Rock miała wystąpić z The Debonaires. Kiedy wspominała stare czasy i opowiadała o swojej niedawnej współpracy z kanadyjskim producentem Mitchem Girio, zupełnie zapomniałam, że gdzieś trwa jakiś koncert.

Magdalena Miszewska: Jakie to uczucie znowu być w trasie?

Susan Cadogan: Grałam w ostatnich latach sporo koncertów w Londynie, ale trasa nie była tak napięta, jak teraz. Przyjechałam w czwartek, wieczorem miałam występ, cztery godziny w drodze, występ, jazda, jazda, jazda tutaj i występ. Nie robiłam tego od dłuższego czasu. Od 2003 roku, kiedy pojechałam w trasę z The Slackers. Ale to bardzo ekscytujące, lubię to. I męczące, szczególnie, kiedy jest się starszym, ale..

MM: Ale chyba wciąż sporo osób czeka na Twój koncert, chociaż od Twojego pierwszego dużego przeboju minęło już sporo czasu.

SC: Minęło bardzo dużo lat. 43 lata od kiedy piosenka „Hurt So Good” była na szczycie listy przebojów BBC. Mam nadzieję, że ludzie ją pamiętają i kiedy powiem: „Don’t you know that it..”, wszyscy będą mogli dopowiedzieć: „Hurt so good”. Cieszę się z tego i mam też kilka innych piosenek, które były popularne przez lata.

MM: A teraz wróciłaś z nowymi piosenkami i to one są w tej chwili najważniejsze. Czy możesz opowiedzieć o współpracy z producentem, Mitchem Girio? Jak do niej doszło?

SC: Był taki producent tutaj, w Niemczech. Olly? Nie pamiętam jego nazwiska. Ale Olly skontaktował się ze mną, żeby coś nagrać i przedstawił mnie Mitchowi. Mitch jest kompozytorem i nagraliśmy pierwszy utwór – „I Don’t Wanna Play Around”. Ale coś się wydarzyło, Olly odpadł, był zajęty, bla,bla,bla. I po kilku latach Mitch znów się do mnie odezwał i powiedział: „Susan, bardzo chciałbym z Tobą pracować, zróbmy coś razem”. I zaczął komponować utwory i przysyłać je na Jamajkę. Ja dogrywałam wokal i odsyłałam je z powrotem. Zrobił mi stronę na Bandcamp. Spytałam: „Mitch, dlaczego to robisz”. A on na to: „Susan, to dla mnie frajda i spełnienie marzeń. Kocham to. Zobaczmy, co się wydarzy”. I tak nagraliśmy pierwszych pięć utworów. „Crazy”, „Leaving”, nie pamiętam. Większość napisaliśmy z Mitchem i wyszły na małej EP-ce „Take Me Back”. Od tamtej pory cały czas nagrywamy. Kiedy EP-ka wyszła, została dobrze przyjęta, bo ma takie stare, retro brzmienie, trochę zmieszane ze ska, które jest bardziej popularne tu, w Europie. W Londynie i na Jamajce śpiewam dużo lovers rock, wolniejszego rodzaju reggae. Byłam nawet w radio BBC, bo oni produkują ten.. Jak on się nazywa? Robert Elms! On ma sympatyczną dużą audycję. Spodobało mu się i powiedział: „Susan, twój album jest bardzo przyjemny”. I miałam dobre recenzje stąd, z Niemiec. Dlatego Peter z Freedom Sounds napisał do mnie, żeby mnie zaprosić na festiwal. I jestem tu, rok później. Takie rzeczy wymagają czasu. A my wciąż nagrywamy. W czerwcu gram chyba na festiwalu This Is Ska z Pressure Tenants [ten koncert, niestety, został odwołany z przyczyn prywatnych – MM]. Do tego czasu, mam nadzieję, na winylu wyjdzie album ze wszystkimi utworami, które zrobiłam z Mitchem.

MM: Mitch mieszka w Toronto. Czy kiedykolwiek spotkaliście się twarzą w twarz?

SC: Nie, nigdy go nie spotkałam. Rozmawiamy czasem przez telefon, ale nigdy go nie widziałam. Wysyła mi ścieżki, ja dogrywam wokal i wysyłam z powrotem. Czasem wysyła je do Niemiec i jacyś niemieccy muzycy dogrywają sekcję dętą i odsyłają. On to miksuje, wysyła do mnie i tak w kółko (śmiech)

MM: To zupełnie inny styl pracy niż za starych czasów.

SC: Tak i jest taki.. Wszystko jest inne w dzisiejszych czasach. Wszystko jest cyfrowe i internetowe. Nie jak wtedy, kiedy byłam w studiu z Lee Perrym, z dwiema ścieżkami. Stałam w studiu i patrzyłam, jak stoi w kłębie dymu ze spliffa w swoich merynosach, a on mówił: „Susan! Wjeżdżaj!”. I śpiewałam, a on nie przerywał. W dzisiejszych czasach zatrzymują cię i poprawiają: „Zaśpiewaj tamto w ten sposób”. Nie, nie. Perry pozwalał ci śpiewać prosto z serca. Potem zgadzał się na drugie podejście, a później miksował je ze sobą. Wydobył ze mnie wyjątkowe brzmienie wtedy, w 1974 roku, którego chyba żaden z moich innych producentów nie był w stanie przez te wszystkie lata wydobyć. Cieszę się na kilka występów z Perrym później w tym roku i jeszcze w kolejnym w Europie.

MM: To facet jedyny w swoim rodzaju.

SC: Tak, ma swoją własną drogę i to dobra rzecz, żeby w wieku 81 lat wciąż.. Chodzi mi o to, że ciało się zużywa, ale jeśli umysł wciąż jest z tobą.. Chociaż on czasem wariuje, wiem. Ale myślę, że to część jego osobowości. Rozmawiałam z nim przez telefon w zeszłym tygodniu, powiedział: „Susan, kiedy przyjeżdżasz?” (śmiech). Nie powiem ci, co jeszcze powiedział, bo potrafił gadać dziwaczne rzeczy. Ale wiesz, cieszę się na nasze spotkanie i że znów będziemy razem pracować. Myślę, że ludzie chodzą na jego występy, bo to Lee Perry. Chcą zobaczyć Lee Perry’ego. Nie obchodzi ich, co gada ani co robi.

MM: Nigdy nie wiadomo czy będzie w dobrej czy trochę gorszej formie, ale jest osobowością sceniczną.

SC: Dokładnie. To bierze się z jego wielkiej miłości do muzyki. Myślę, że też ją mam, bo sporo razy próbowałam z muzyki zrezygnować, a ona zawsze wciąga mnie z powrotem, wzywa – ktoś dzwoni albo coś się wydarza i znowu wracam. Teraz jestem na emeryturze. Tylko śpiewam i jestem szczęśliwa. Wyzwalam się dzięki muzyce, bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro.

MM: To chyba mówi coś o twoich piosenkach, że są tak dobre, że nawet kiedy masz przerwę w karierze ludzie wciąż je pamiętają i chcą byś wróciła na scenę.

SC: Tak, to prawda. Niektóre stare piosenki zostają na długo, na zawsze. Są nowe piosenki, które ukazują się współcześnie i lubisz je, są ładne, ale za dwa miesiące o nich zapominasz. Czasem stare piosenki.. Nie wiem, czy chodzi o słowa, melodię, chwytliwy wers czy coś innego. To już 43 lata, a ludzie ciągle tę piosenkę pamiętają. I to, co również mi się podoba i za co jestem wdzięczna, to to, że młodzi też ją lubią. Czasami gram koncert dla publiczności w wieku studenckim i oni uwielbiają „Hurt So Good”. Wydaje mi się, że każdy artysta ma jakąś specjalną piosenkę, która jest tylko jego. I „Hurt So Good” jest moja (śmiech).

MM: Masz chyba dobre ucho. Mitch powiedział w wywiadzie, że podczas pracy nad piosenkami bardzo dużą wagę przykładałaś do szczegółów.

SC: Mhm. Cokolwiek jest nie tak, słyszę to. Mam też swoje pomysły. Czasem zmieniam teksty. I lubię dobrą wymowę, lubię śpiewać z uczuciem. Myślę że odziedziczyłam to po mamie. Ona była profesjonalną wokalistką i zawsze śpiewała. Dużo mnie nauczyła. A koniec końców sytuacja się odwróciła i ja nauczyłam ją śpiewać bardziej nowocześnie, bo robiła to raczej klasycznie. Ale umiała zaśpiewać „Hurt So Good”. I mówiłam jej: „Mamusiu, zaśpiewaj ze mną. Dont’t you know that it..”, a ona śpiewała: „Hurt so good” (śmiech). Była naprawdę kochana i bardzo za nią tęsknię. Zmarła dwa lata temu i mówiłam nawet komuś, że od kiedy nie żyje, moja kariera nabrała tempa. Czasami chciałabym, żeby to, co spotyka mnie teraz, kiedy jestem w tym wieku, wydarzyło się jakieś 10 lat temu, kiedy byłam młodsza. Na szczęście muzyka sprawia, że jestem świeża. To męcząca praca, ale kiedy słyszysz muzykę, musisz za nią iść. Wychodzisz na scenę i słyszysz.. Nie palę, nie piję. Potrzebuję tylko bębna „too too toom toom toom too toom” i jestem gotowa (śmiech). Naprawdę, po prostu mam to w sobie. To bardzo fajne, kocham muzykę.

MM: Czytałam gdzieś, że zanim nagrywałaś z Lee Perrym, wolałaś R&B od reggae.

SC: Tak, uwielbiałam The Supremes, brzmienie Motown i funky. Radia słuchałam tylko wtedy, kiedy prowadziłam samochód. Śpiewałam nocami, bo jak byłam młoda, to byłam trochę pulchna. Nocą włączałam moje płyty The Supremes i śpiewałam tak, jakbym była nimi. Tańczyłam z małą butelką jako mikrofonem i sporo się pociłam. Dużo schudłam. Moja przyjaciółka powtarzała „Ale Ann, ty umiesz śpiewać”. Ann to moje prawdziwe imię, Allison, Ann. „Umiesz śpiewać, wiesz”? Potrafiłam dokładnie je naśladować: (śpiewa) „Baby, baby”. Supremes, Dianę Ross, (śpiewa) „Whenever you need me”. Lubiłam też Benniego Kinga i The Platters i wszystkie te dobre rzeczy. W każdym razie chłopak mojej przyjaciółki szukał kogoś do nagrania i ona powiedziała: „Zapytaj Ann, bo ona potrafi śpiewać”. Tak wylądowałam u Lee Perry’ego. „Love My Life” to było moje pierwsze nagranie [dla DJ-a Jerry’ego Lewisa – MM], pierwszy raz byłam w studio. Kiedy skończyłam śpiewać „Love Of My Life”, Perry [który był wtedy w studio – MM] powiedział: „Podoba mi się jak śpiewasz. Wyrzuć to z siebie”. I zapytał: „Znasz tę piosenkę?”, a ja odpowiedziałam, że tak, bo znałam wszystkie popularne piosenki. Na Jamajce, kiedy tylko poczuli, że jakaś piosenka jest popularna, tworzyli jej wersję reggae. Perry włączył ścieżkę do „Hurt So Good”, a ja zaśpiewałam. I powiedział: „Yeah mon, podoba mi się twój głos. Masz seksowny głos”. To powiedział mi Perry.

MM: Przyszłaś do niego jako Ann, a wyszłaś jako Susan.

SC: Znasz tę historię? Kiedy zapytał mnie o imię i powiedziałam, że nazywam się Ann Cadogan, on na to: „Ann? Nieee. Masz na myśli Susan! To brzmi seksownie”. Ochrzcił mnie Susan i powiedział: „Chcę żebyś zaśpiewała dla mnie więcej piosenek”. I dał mi kilka wskazówek. Tak to wszystko się zaczęło. Według mnie życie toczy się kołem. Kiedy jest się starszym, znów spotyka się ludzi, których nie widziało się od dawna. Zaczynałam z Perrym i krążyłam muzycznie przez wiele lat, a teraz znów z nim działam. Wrócił do mojego życia. Teraz płynę z prądem i robię cokolwiek mogę, kiedy tylko mogę, bo w życiu ma się tylko jedną szansę na wszystko. Kiedy czas na nią minie, to już po niej. To jak z koncertem, na który czasem nie ma się ochoty, ale trzeba dać z siebie wszystko za każdym razem.

MM: A czy twoim zdaniem współcześnie kobietom w reggae jest łatwiej? Bo dawniej wcale im łatwo nie było, a nadal nie mamy w tej muzyce zbyt wielu wokalistek.

SC: Nie sądzę, żeby było łatwiej. Myślę, że zawsze płacą nam mniej, nie pracujemy aż tyle, bo wydaje im się, że z kobietami jest większy kłopot w trasie. Ja jestem tu z dwoma wielkimi walizkami, chłopcy mają po jednej małej (śmiech). Kobiety mają kobiece problemy, dzieci, rodziny i, nie wiem czemu, płaci im się mniej. To prawda, że prawie nie ma jamajskich reggae wokalistek. Jest Marcia Griffiths, jest Dawn Penn. Popularne są stare piosenki, a wokalistki nie jeżdżą w trasy. Staram się śpiewać ich hity na swoich koncertach, żeby je trochę ożywić, bo śpiewam dużo lovers rock. Też żeby ich muzykę utrzymać przy życiu, w hołdzie dla nich. Zawsze wspominam ich nazwiska, na przykład Phyllis Dillon. Usłyszysz to dziś wieczorem, jeśli przyjdziesz. Ale wiesz, myślę, że kobiety miały ciężko w przeszłości i wciąż jest nam trudno, a molestowanie nadal się zdarza. Wielu producentów i promotorów, jeśli dobrze ich sobie nie ustawisz, nie dają ci pracy albo powstrzymują twój rozwój. To prawda. Miałam takie doświadczenia. Teraz jestem starsza i jestem wolna! Mówię wprost to, co mam do powiedzenia: „Nie, nic z tych rzeczy! Nie potrzebuję tego”. Na tym etapie robię to, co chcę, kiedy chcę. Nawet jeśli się nie wybiję, to uważam, że co ma być, to będzie. Jeśli nie chcą zrobić czegoś dla mnie, bo ja nie chcę się na coś zgodzić, to.. Chociaż teraz, kiedy jestem starsza, to i tak mnie nie chcą (śmiech). Ale wiesz, to ich sprawa. Co ma się w mojej karierze wydarzyć, to się wydarzy, więc idę naprzód. Tak czy owak, uważam że mężczyźni mają znacznie łatwiej.

MM: Jest też pewne oczekiwanie, że wokalistka ma być piękna i musi ładnie się ubierać. Trudno wyjść ponad ten schemat. Kobieta często musi pracować ciężej, żeby ludzie nie tylko na nia patrzyli, ale też wysłuchali, co ma do powiedzenia.

MM: Myślę, że tego nie da się uniknąć, bo jeśli nie zaprezentujesz się swojej publiczności, to.. Pierwsze wrażenia zostają na długo. To jak z tymi amerykańskimi artystkami. Nie wierzę, że trzeba popadać w skrajność, wychodzić prawie nago i się wyginać. Ale myślę że trzeba się wyszykować. To dotyczy nie tylko kobiet, ale też mężczyzn, zespołów. Nie ma nic lepszego niż dobrze ubrany zespół na scenie, ruszający się synchronicznie, jak za starych czasów. To świetnie wygląda. A jak wyjdą obdarci.. Pewnie, czasem publiczność jest tak nawalona, że ich to nie obchodzi. Ale uważam że kobiecie trudniej jest się ubrać, przygotować. Szczególnie, kiedy jest starsza. Na przykład nie nosi się okularów na scenie, musisz mieć to (pokazuje soczewki). Musisz starać się jak najlepiej. Tak samo trzeba dawać z siebie wszystko, śpiewając. Nie ma osoby, której nie da się wyszykować, więc nie uważam, że powinno się wychodzić na scenę tak po prostu. Należy się postarać. Bo jest się tam, żeby ludzi zabawiać nie tylko swoją muzyką. To ważne nie tylko w przypadku kobiet, ale też mężczyzn, ale kobietom jest trudniej. Jak mój zespół dziś, The Debonaires. O rany. Oni wszyscy są wysocy i przystojni (śmiech).

MM: I wystarczyłoby, żeby włożyli garnitury i już byłoby dobrze.

SC: Nie wiem, bo to nie mój osobisty zespół. Nigdy takiego nie miałam. Ale lubię, kiedy zespół się stroi. Chociaż biedny perkusista nie musi mieć garnituru, szczególnie na dużym koncercie. Czasem gra się niewielkie koncerty, ale nawet wtedy, gdziekolwiek ten występ jest, myślę, że trzeba pokazać się z najlepszej strony. I teraz muszę iść i się upiększyć i zmienić w Susan (śmiech). Mam podwójną osobowość. Mam Allison do interesów, Ann w domu i Susan do śpiewania. Czasem w domu, kiedy zbliża się koncert, układam sobie piosenki i próbuję. Bo zawsze trzeba wiedzieć, że ma się tę wytrzymałość. Kiedy gra się pełny set, to człowiek jest cały mokry. Światła, upał, ruch. Trzeba być w formie. I czasem w domu staję się Susan i próbuję. Ale zazwyczaj jestem tam Ann, opiekuję się tatą, zajmuję się domem od kiedy mama odeszła. Uwielbiam dbać o mój dom na Jamajce. A Allison używam tylko w interesach, jak paszporty, bilety. Tak naprawdę są tylko Susan i Ann.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *