Toots and The Maytals – mini biografia

Trudno znaleźć postać, która wywarła większy wpływ, nie tyle na muzykę ska czy reggae, co na całą kulturę muzyczną Jamajki. Skafather, twórca reggae lub po prostu Frederick „Toots” Hibbert, ur. 10 grudnia 1945, w wiosce May Pen, w południowej części wyspy.

Uznawany obecnie za jedną z największych osobistości światowej sceny ska i reggae zaczynał bardzo skromnie. Jako syn lokalnego księdza swoją przygodę ze śpiewaniem rozpoczął wraz z siedmiorgiem rodzeństwa w kościelnym chórze. W wieku szesnastu lat, jak wielu innych, skuszony urokiem dużego miasta, opuścił rodzinną wioskę i skierował się do Kingston. Tam znalazł pracę w zakładzie fryzjerskim, gdzie od razu oczarował klientów swoim talentem wokalnym.

W tym miejscu warto wspomnieć jakie brzmienia były wówczas na szczytach toplist jamajskich rozgłośni radiowych. Po erze importowanego rythm ‚n’ bluesa i fali mento swoje pięć minut przeżywało ska, rytmiczne połączenie dwóch poprzednich z energetyzującym jazzem. Na takim właśnie, sprzyjającym gruncie przyszło Tootsowi stawiać swoje pierwsze kroki w branży muzycznej.

Za równie korzystny można uznać fakt, że w tym samym czasie na jego drodze pojawiło się dwóch znakomitych muzyków, Henry „Raleigh” Gordon i Nathaniel „Jerry” Mathias. Obaj mieli już za sobą pierwsze doświadczenia w branży, Jerry współpracował nawet z Duke Reid’em przy piosence „Crazy Girl” w 1958 roku. Wspólne inspiracje muzyczne wszystkich trzech panów zadecydowały o powstaniu zespołu z Tootsem w roli frontmana. Pierwotnie występowali jako The Flames, a nawet The Vikings, jednak ostateczny wybór padł na dźwięcznie brzmiące The Maytals. Jako ciekawostkę warto zauważyć zbieżność ostatecznej nazwy nowo powstałego tria z nazwą rodzinnej wioski Hibberta, May Pen.

Wkrótce Maytals znaleźli się na przesłuchaniu w Studio One u samego Clement’a „Coxsone” Dodd’a, gdzie przy niemałej pomocy, pracującego tam wówczas Lee Perry’ego i we współpracy z The Skatalites zespół zdołał nagrać swój pierwszy album „Never Grow Old – presenting the Maytals”. Gospelowe brzmienia wokalne połączone z doskonałym warsztatem Skatalites’ów zapewniły sukces wydanej w 1964 roku płycie, którą tym samym przyćmili startujących w tym samym czasie The Wailers.

Po dwóch latach w Studio One, okazało się że portfele muzyków są równie puste jak kilka lat wcześniej. Zespół nawiązał więc współpracę z Prince Busterem, a wkrótce później z Byronem Lee, co zaowocowało kolejnym krążkiem, wydanym w 1965 roku „The Sensational Maytals”, jak również kawałkiem „Bam Bam”, który rok później został numerem jeden pierwszej edycji festiwalu „Jamaica Festival Song Competition”.

Tymczasem ska stopniowo zwalniało swoje tempo w spokojniejsze rocksteady, a Toots and The Maytals mknęli na motorach do Ochos Rios na kolejny występ. To wydarzenie miało nieco przystopować ich muzyczną karierę. Jerry i Raleigh zostali po drodze zatrzymani przez policję, a kiedy Toots sprowadził ich ówczesnego menadżera (Ronnie Nasrall) w celu wpłacenia kaucji, okazało się, że w zostawionym na komendzie bagażu nadgorliwi funkcjonariusze znaleźli pewną rdzenniejamajską substancję niedozwoloną. Niezależnie od motywacji prowodyrów całego zajścia (Hibbert twierdzi, że został wrobiony, co miało na celu zablokowanie ich wyjazdu w trasę po Anglii) Toots trafił za kratki.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nawet osiemnaście miesięcy pobytu w więzieniu Tamarind Farm, Toots potrafił przekuć w kolejny sukces, w postaci jednego z największych swoich przebojów. „54-46, That’s My Number”, z czasem okazał się niekwestionowanym bestsellerem, a zarazem swoistym hymnem wszelkich jednostek toczących nierówną walkę z niesprawiedliwym systemem.

W czasie gdy Toots przeliczał kolejne miesiące na mające mu przynieść sukces cyfry, nastała zima 68 roku i na Wyspie do łask wróciło nieco szybsze granie. Coraz bardziej popularne zarówno na Jamajce jak i w Anglii rocksteady musiało ustąpić miejsca bardziej tanecznym brzmieniom. Ciężko dziś jednoznacznie stwierdzić, kto jako pierwszy użył wobec nowego rytmu nazwy reggae, jednak liczne źródła donoszą, że był to właśnie Toots, w swoim ponadczasowych przeboju ‚Do The Reggay’. Pytany w wywiadach sam nie jest w stanie jednoznacznie wyjaśnić etymologii tej nazwy, można więc śmiało przyjąć, że podobnie jak wiele innych określeń w tamtych czasach, była ona efektem jakiegoś spontanicznie rzuconego hasła.

Wyjście Tootsa z więzienia i nowy trend w muzyce Słonecznej Wyspy zbiegły się z nawiązaniem przez zespół współpracy z chińsko-jamajskim producentem Leslie Kong‚iem. Efektem tego mariażu były trzy klasyczne już albumy, „Sweet And Dandy”, „From The Roots” i „Monkey Man”, wydane pod pełną już nazwą „Toots and The Maytals”. Tytułowy numer z ostatniego krążka stał się w 1970 roku ich pierwszym międzynarodowym przebojem, a płyty wydane nakładem Trojan Records szybko zyskały popularność również w Wielkiej Brytanii.

Po śmierci 38-letniego Kong’a w 1971 roku The Maytals pną się po kolejnych szczeblach kariery, nagrywając pod kierownictwem jego współpracownika Warwick’a Lyn’a „Slatyam Stoot” (tytuł jak nietrudno się domyślić jest anagramem nazwy zespołu) i „Funky Kingston” z kawałkiem „Pomp and Pride”, który zapewnia im ponowne zwycięstwo w „Jamaica Festival Song Competition”.

Dopełnieniem pasma sukcesów okazał się przełomowy film „The Harder They Come”, pierwsza jamajska produkcja pełnometrażowa, uznawana za kamień milowy w procesie ekspansji reggae na cały świat. Toots z zespołem pojawili się na soundtracku z kawałkami „Sweet and Dandy” i „Pressure Drop” otwierając tym samym Stany Zjednoczone na szaleństwo reggae. Co prawda początkowe reakcje amerykańskiej krytyki i publiczności były w najlepszym razie oziębłe, gdy produkcja została przesunięta na projekcje nocne, razem z komediowym „Pink Flamingos” (jakże ambitnym dziełem, poruszującym tak niezwykłe tematy jak koprofagia, koprofilia, czy inne rozmaite dewiacje), okazała się być kasowym hitem, który przez sześć lat nie schodził z kinowych ekranów. Ścieżka dźwiękowa „The Harder They Come” została ogłoszona w 2007 roku przez magazyn Vanity Fair trzecim najlepszym soundtrackiem wszechczasów, wyprzedzając takich gigantów jak „Pulp Fiction”, „Trainspotting”, czy „Saturday Night Fever”. Wynik mówi sam za siebie i jednoznacznie dowodzi klasy Toots’a i jego załogi, współautorów tego sukcesu.

W 1975 roku, gdy Bob Marley z Wailersami zdołali już zapoczątkować swoimi dwoma pierwszymi krążkami rewolucję reggae na Nowym Kontynencie, The Maytals podpisali pierwszy poważny kontrakt z wytwórnią Island Records, której szef, Chris Blackwell, był ich zagorzałym fanem. Nakładem Island wkrótce ukazała się kompilacja wydanych wcześniej w Trojan Records „Funky Kingston” i „In The Dark”. Naturalną konsekwencją była trasa koncertowa w USA, gdzie zespół supportował ówczesnych gigantów, The Who. W skutek złego planowania całego touru występy nie spotkały się z należytym entuzjazmem. Być może zabrakło również coraz bardziej modnego wizerunku dreadowłosego rasta. Nie przeszkodziło to jednak muzykom w nagraniu kolejnego świetnego albumu, umiejętnie łączącego jamajskie brzmienia z klasycznym rhytm ‚n’ bluesem. „Reggae Got Soul” okazało się być najlepiej sprzedającym się wydawnictwem w ponad dziesięcioletniej już karierze grupy.

Przez pewien czas Toots and The Maytals nie do końca potrafili odnaleźć się na scenie reggae, której dominującym nurtem stało się pół-religijne przesłanie ruchu Rastafari. Drugi oddech złapali dopiero pod koniec lat 70., w czasach odrodzenia ska w Wielkiej Brytanii. The Specials na swoim debiutanckim krążku umieścili cover „Monkey Man” a The Clash nagrało własną wersję przeboju „Pressure Drop”. Warto tu wspomnieć o nagranej w tamtym czasie płycie Maytalsów „Live at the Hammersmith Palais”, która bijąc rekord Guiness’a ukazała się na sklepowych półkach w zawrotnym czasie 24 godzin od koncertu i bardzo szybko zyskała uznanie krytyków w postaci pierwszej nominacji do nagrody Grammy.

Po licznych występach na całym świecie muzycy zdecydowali jednak o rozwiązaniu zespołu w 1981 roku. Toots w odróżnieniu od swoich kolegów nie zaprzestał działalności scenicznej i nadal pod szyldem „Toots and The Maytals” występował nadając przydomek „The Maytals” rozmaitym towarzyszącym mu bandom. „Solową” działalność Tootsa ciężko raczej zaliczyć do wielkich komercyjnych sukcesów. W połowie lat 80. był moment, w którym fani reggae przejawiali większe zainteresowanie lovers-rockowym projektem córek Hibbert’a niż nim samym. Za jasny punkt tego okresu uznać należy album „Toots in Memphis” (druga nominacja Grammy) utrzymamy w konwencji mocnych, soulowych szlagierów, przywodzących na myśl skojarzenia z wokalem Otis’a Redding’a.

W początkach lat 90. Toots zreorganizował swój zespół i ponownie wkroczył na koncertową ścieżkę. Grupa w odnowionym składzie wydała w 1997 roku „Recoup” i nagrodzony rok później kolejną nominacją Grammy „Skafather”, na którym znalazły się zarówno świeże aranżacje klasycznych numerów, jak i zupełnie nowe kompozycje. Pierwszym po długim czasie albumem, w całości złożonym z nowych nagrań, był „World is Turning” z 2002 roku, wydane przez własny label Hibberta „D&F”. Piosenki te jednak, jak się okazuje nie były całkiem nowe, jako że w dużej części skomponowane z materiałów, które nigdy nie doczekały się płytowej realizacji, a sięgających aż początku lat 70. W ten sposób Toots zaserwował swoim fanom energetyczny mix klasycznych brzmień kolejnych dekad, zahaczających o style takie jak soul, funky, gospel, czy nawet disco.

W 2004 roku poszedł o krok dalej i jak na wybitnego muzyka w statecznym wieku przystało, wydał „True Love” – zestaw swoich klasycznych hitów, zagranych w towarzystwie takich gwiazd jak Keith Richards, Shaggy, No Doubt, Marcia Griffiths, Ken Boothe, Bootsy Collins, The Skatalites, czy nawet Eric Clapton. Taki muzyczny kolaż nie mógł umknąć uwagi krytyków, którzy nagrodzili go już nie nominacją, a nagrodą Grammy w kategorii „Best Reggae Album”.

Po tym sukcesie Legenda z Jamajki nie spoczęła na laurach, dalej nagrywa, dalej koncertuje. Ubiegłorocznym „Light Your Light” udowadnia, że nie boi się eksperymentować z bardziej nowoczesnymi dźwiękami, rzucając zupełnie nowe światło na przeboje sprzed lat. Relacje z jego występów niezmiennie utrzymane są w entuzjastycznym tonie, co pozwala optymistycznie spoglądać w bliską przyszłość, kiedy to będzie okazja na własne oczy ujrzeć „Ojca ska” na festiwalu w Płocku i przekonać się czym urzekł miliony fanów na całym świecie.

Ponadczasowy geniusz?
Zręczny manipulator perfekcyjnie odczytujący nastroje publiczności?
Już wkrótce ocenicie sami!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *