Top 5 koncertów na Freedom Sounds 2019

Powiedzieć, że Freedom Sounds wspaniałym festiwalem jest, to jak nie powiedzieć nic. Zanim dokładnie zrelacjonujemy, co działo się w pamiętny ostatni weekend kwietnia w Kolonii, Magdalena przygotowała dla was swoje koncertowe Top 5.

Od kiedy jeżdżę na festiwal Freedom Sounds, nie widziałam tam słabego koncertu. I nie ma w tym nic dziwnego, bo świetny skład zespołów to jedna z zalet tej imprezy.  Nie jestem też hardcorową festiwalowiczką i niektóre występy po prostu odpuszczam. Trzeba czasem przecież jeść, pić i nagrywać wywiady (niekoniecznie w tej kolejności). I chociaż to, co ostatecznie obejrzę, zawsze jest bardzo dobre, to niektóre koncerty cieszą mnie dużo bardziej niż inne. To moja tegoroczna pierwsza piątka:

1. The Void Union ft. Riki Rocksteady
Idąc na ten koncert nie miałam jakichś specjalnych oczekiwań. Kiedy się kończył, nie zamierzałam nigdzie wychodzić! Zespół był podobnego zdania, bo nawet srogie miny organizatorów nerwowo pokazujących zegarki nie robiły na nim wrażenia. Nie wiem, ile trwało to szaleństwo, ale zdecydowanie dłużej niż przewidziane 50 minut. Na żadnym innym koncercie nie bawiłam się tak dobrze! Wybaczam chłopakom nawet nieszczęsne „Simmer Down” i piosenkę, której naprawdę nie znoszę – „Jump in the Line (Shake, Senora)”. 

2. The Steady 45s ft. Natty Bo
Festiwale mają tę przewagę nad koncertami klubowymi, że muzycy lubią sobie czasem wskoczyć na scenę, kiedy akurat gra ktoś inny (na Freedom Sounds lubią też tańczyć pod sceną – to kolejna zaleta tego festiwalu). Zdarza mi się tak skupić na wygibasach, że zupełnie nie wiem, co dzieje się na scenie. Tańcząc do „Voodoo Working” w ostatniej chwili zauważyłam, że między muzykami Steady 45s pojawił się Natty Bo. Lepiej być nie mogło! Sorry panowie, uwielbiam was, ale po tej piosence ten koncert mógłby się już skończyć.

3. Le Grand Miercoles
Kiedy redaktor Budzik twierdził, że to będzie petarda, wierzyłam mu na słowo. Instrumentalny surf? Ok. Ale motywy z westernów? Ja ich nawet zbyt wiele w życiu nie obejrzałam (wybacz, tato). Płyty są bardzo przyjemne, ale zupełnie nie zapowiadały tego, co Hiszpanie wyprawiają na żywo. Plastikowe pióropusze, kapelusze niczym  z mrągowskiego Pikniku Country i zaangażowanie godne największych rockandrollowców. Tego nie da się opisać! Uwierzcie mi, chcielibyście być wtedy w tej klubowej piwnicy (i śpiewać partie gitary, jak niektórzy).

4. Jesse Wagner & The Badasonics
Co ten Jesse, to ja nie wiem! Myślę, że można brać w ciemno wszystko, w co się zaangażuje. The Aggrolites, wiadomo (chłopaki będą w Europie jesienią z nową płytą). Reggae Workers Of The World, cudeńko. A teraz wziął się za soul i robi to doskonale. Właśnie takiej kapeli zawsze mi brakowało na tego typu festiwalach. Był i taneczny northern soul i trochę przytulańców. Muzycy The Badasonics, zespołu związanego z Badasonic Records, to solidna ekipa. A na perkusji gra założyciel wytwórni i bębniarz R.W.W., Nico Leonard. Planują nagrać w tym składzie płytę, a ja już zacieram rączki.

5. Eastern Standard Time
W tym przypadku było na co czekać. Od pamiętnego warszawskiego koncertu Amerykanów w Znośnej Lekkości Bytu minęło już sześć lat. Do tego EST wydali w końcu świeżutką płytę, „Time For Change” (po piętnastu latach od poprzedniej!). Coraz mniej w tym jazzu, ale za to więcej rocksteady i reggae. A koncerty wciąż grają świetne. Sprawdźcie koniecznie 7 maja w Zduńskiej Woli i 8 maja w Krakowie. Basiście chciałabym też przyznać specjalne wyróżnienie za najlepsze buty na festiwalu.

Specjalne miejsce w moim serduszku mają też Los Apartamentos. W końcu nie codziennie ma się okazję pójść na koncert mento. Nikt na Freedom Sounds (i chyba nikt w Europie!) nie sięga głębiej do korzeni muzyki jamajskiej. Los Apartamentos, gospodarze festiwalu, tym razem występowali na dużej scenie promując swój album „Water Di Garden”. Niestety, koncert stracił przez to trochę ze swojego klimatu. Chociaż muszę przyznać, że uroczy młodzieniec w tyle sceny starał się to nadrobić oryginalną choreografią.

To był dobrze spędzony weekend. Nawet chwilowa zmiana miejsca na większe (w poprzednich latach festiwal odbywał się w klubie Gebäude 9 i  z tego, co słyszałam, wróci tam w przyszłym roku) nie zmieniła zbytnio mojego odbioru całej imprezy. Chociaż wolę koncerty w mniejszych salach, to muszę przyznać, że brak ścisku pod sceną jest całkiem przyjemny. Trochę problematyczne było przejście przez podwórko z dużej sali do mniejszej, ale cała reszta zupełnie w porządku. Jeśli więc przeszło Wam kiedyś przez myśl, żeby pojechać na Freedom Sounds, w przyszłym roku po prostu kupcie bilet. Jeśli nigdy o tym nie myśleliście, może czas poważnie się nad tym zastanowić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *