Vic Ruggiero: Kreuję sobie świat, w którym wszystko jest doskonałe

Nic nie wskazywało na to, że RudeMaker będzie w jakikolwiek sposób obchodził swoje dziesiąte urodziny. Kiedy nasz dobry znajomy Victor Quero napisał, że chciałby ściągnąć do Warszawy The Slackers, stało się jasne, że to po prostu musiało się wydarzyć. Przecież to właśnie na koncercie nowojorczyków w 2003 roku w Krakowie poznali się osobiście użytkownicy forum Soundcrazy, które kilka lat później miało przekształcić się w RudeMakera.

Włączyliśmy się w organizację wydarzenia i 3 listopada 2018 The Slackers zagrali w Pogłosie. Korzystając z okazji spotkałam się z Victorem Ruggiero, żeby porozmawiać o zespole, który od prawie trzydziestu lat gra swoją własną, nowojorską wersję ska.

Magdalena Miszewska: Spotykamy się po raz kolejny, ale tym razem w Polsce. Pamiętasz swoją ostatnią wizytę u nas? To zdaje się była Warszawa w 2007 roku.

Vic Ruggiero: Tak, to było dawno. Wydaje mi się, że graliśmy wtedy polkę.

MM: “W niebie nie ma piwa”.

VR: Tak, dokładnie. Zagraliśmy to spontanicznie. Umiem to grać na akordeonie, ale nikt z zespołu nigdy wcześniej tego nie wykonywał. To był magiczny moment (śmiech).

MM: A może pamiętasz swoją pierwszą wizytę w Polsce? W Krakowie w 2003 roku? To ważne, bo pewnie tego nie wiesz, ale… Historia portalu RudeMaker.pl rozpoczęła przed 2003, było kiedyś takie forum internetowe Soundcrazy i pisali tam do siebie ludzie z całej Polski. Nigdy nie spotkali się osobiście. I w 2003 roku The Slackers grali swój pierwszy w Polsce. Fani ska z całego kraju przyjechali do Krakowa i tam spotkali się po raz pierwszy. Wielu z nich współtworzy RudeMaker.pl, więc koncert Slackersów był w pewien sposób momentem narodzin RudeMakera. Może pamiętasz coś szczególnego z tego koncertu?

VR: Z koncertu w Krakowie? To nie był ten na łodzi?

MM: Nie.

VR: To ten w centrum miasta! Jeśli dobrze pamiętam, był to kres świąteczny. Pamiętam piękną choinkę na rynku w centrum miasta, było bardzo miło i bardzo smacznie, był bigos i inne bardzo dobre jedzenie. I potem graliśmy w takim miejscu, to chyba nie był klub, bardziej mieszkanie w kamienicy. Czuliśmy się jak byśmy rozstawili się w dużym pokoju w mieszkaniu czyjejś babci. Nie wiedziałem co o tym myśleć, ale było fajnie. Pamiętam też bank o nazwie Greenpoint. Ten bank jest z Brooklynu. A jak pojedziesz do Krakowa, to w centrum znajdziesz bank Greenpoint. I pamiętam, że śmiałem się, że Brooklyn to taka polska kolonia i wszystko się zgadzało, nawet ten bank (śmiech). W Nowym Jorku dorastaliśmy w otoczeniu polskiej kultury, jedząc pierogi i gołąbki.

MM: Może zamiast o jedzeniu porozmawiajmy o The Slackers. 27 lat, a wy nadal gracie. Czy uważacie się za zespół, który odniósł sukces? Czym w ogóle jest sukces?

VR: Cóż, jeśli spowodowaliśmy, że ludzie z całej Polski spotkali się na naszym pierwszym koncercie tutaj, to jest to pewien sukces. Jesteśmy zespołem undergroundowym. Nie jesteśmy tak znani jak na przykład Prince czy ktoś taki, ponieważ reggae i ska jest nadal muzyką niszową. Myślę, że w pewien sposób jesteśmy bardziej popularni niż moje ulubione, stare zespoły reggae. Trudno jest powiedzieć jak bardzo one były popularne – Steel Pulse czy Burning Spear. Oczywiście, tacy The Specials były wielcy, ale tylko przez jakieś dwa lata. Byli zespołem trzy czy cztery lata i skończyło się.

MM: Ale nadal są ludzie, którzy bardzo dobrze ich wspominają, a w przyszłym roku [czyli w 2019 – MM] The Specials ruszają w trasę po Europie i wydaje mi się, że część koncertów już się wyprzedała. Swoje bilety do Berlina kupiłam pierwszego dnia sprzedaży, bo bałam się, że ludzie szybko je wykupią.

VR: Ale nie byli zespołem cały ten czas. Grali około trzech lat, potem przestali. A po dwudziestu latach znowu zaczęli.

MM: Skład też się zmienił.

VR: Tak, kiedyś była nawet jakaś trasa ze wszystkimi oprócz Jerry’ego Dammersa. Ale to takie dziwne, bo my cały czas jesteśmy zespołem, jesteśmy jak Frank Zappa albo ktoś taki, gdzie zespół nigdy się nie rozpada. Wydaje mi się, że odniosłem pewien sukces. Ale to dziwne, bo nadal żyjemy w punkowym świecie.

MM: A mieliście kiedyś momenty kiedy myśleliście sobie, żeby przestać grać, odejść ze Slackersów?

VR: Cóż, Slackersi to bardzo uparci ludzie, więc nie sądzę, żebyśmy myśleli o takich rzeczach. Za każdym razem kiedy wydaje nam się, że powinniśmy przestać, tak naprawdę chce nam się to robić jeszcze bardziej. Albo kiedy robi się trudno. Na początku lat 2000, mniej więcej w tym czasie co nasz koncert w Krakowie, wiele zespołów ska w Stanach zawieszało działalność. Ludzie mówili nam, że może też powinniśmy przestać grać. A my pomyśleliśmy, że jest świetnie, bo zniknęło sporo gównianej muzyki i teraz my będziemy tą dobrą muzą (śmiech).

MM: Jak się zastanowić nad sukcesem Slackersów, to mógł on w sumie nigdy nie nadejść. Wiemy od Jessego z The Aggrolites, że gracie zły bit pod gitary i nie jesteście wystarczającymi nerdami, żeby sprawdzić na nagraniach z Treasure Isle czy Studio One jak to powinno brzmieć [cytat z wywiadu z Reggae Workers Of The World – MM]. A druga sprawa – piszesz za długie teksty jak na piosenki reggae, ska czy rocksteady. I na dodatek wszyscy w Slackersach piszecie piosenki, więc prawdopodobnie cały czas się kłócicie. Ten sukces mógł się nigdy nie wydarzyć, mogliście skończyć robiąc coś zupełnie innego.

VR: To wszystko prawda. Nie wiem, to dziwny zespół, nawet bardzo. W sumie to fajnie, że każdy pisze piosenki, bo niektórzy z nas, muszę przyznać, piszą świetne kawałki. Grałem w różnych zespołach, ale to mój główny. Gram w nim całe życie – założyłem Slackersów jak miałem 19 lat, a teraz mam 47. Dziwnie byłoby musieć robić coś innego, nawet nie wiem co by to mogło być. Chociaż mam swoje solowe projekty, mam Reggae Workers, masę innych zespołów, ale The Slackers wyrażają mnie najlepiej.

MM: Ale sprzeczacie się ze sobą. Czytałam, że ostatnią płytę zatytułowaliście nazwą zespołu, bo nie doszliście do porozumienia, jaki powinna mieć tytuł.

VR: O tak, nie było zgody, nie mam pojęcia czemu. Czasami jak za dużo osób za dużo o czymś mówi, to wszystko się komplikuje. Zazwyczaj jak nagrywamy płyty, to dwóch z nas jest szefami. Jak nagrywaliśmy „Self Medication” był to Glen i ja, przy poprzedniej płycie byłem to ja i Dave. A potem Jay zmiksował to wszystko. To zawsze są jakieś małe grupki, a nie wszyscy na raz. Ara na przykład przychodzi, nagrywa bębny i idzie do domu, a potem kilka osób zostaje i kończymy płytę i podejmujemy ważne decyzje: „potrzebujemy innej solówki, ten saksofon tu nie pasuje, lepsze będzie solo na gitarze”. Potem dzwonimy po Jay’a, on przychodzi i wszystko robi. A czasami to ja idę do domu i zostawiam wszystko Jay’owi i on nad tym pracuje. Jesteśmy czymś w rodzaju kolektywu. A ponieważ ludzi interesują różne aspekty bycia w zespole, to gdy czasem ktoś się zainspiruje i wkręci, zostaje szefem prac przy płycie.

MM: Skoro wydaliście album, który zatytułowaliście po prostu nazwą zespołu i nie jest to pierwszy krążek w waszej karierze, to można go potraktować jako nowe otwarcie. Ta płyta jest inna od poprzednich. Wystarczy tylko spojrzeć na okładkę, żeby zobaczyć, że jest bardziej psychodeliczna, a wiem, że interesujecie się dziwną muzyką z lat 60-tych i 70-tych. Czy daliście sobie więcej luzu przy tej płycie na tego typu inspiracje? Bo je słychać. Zrobiliście to celowo czy jakoś samo się to rozniosło?

VR: Glen, nasz puzonista, ciągle gada o psychodelicznych rzeczach. Powiedziałem mu, żebyśmy wykorzystali je na płycie. Tak samo było z The Beach Boys. Glen jest ich fanem. Każdy z nas ma kiedyś swój moment. Te psychodeliczne elementy to chyba wpływ Glena.

MM: A jest wśród Slackersów fan Iggy’ego Popa? Bo piosenka „I want to be your girl” brzmi trochę Iggy Popowo.

VR: Tak, to zabawne. Myślę, że połowa zespołu lubi Iggy’ego Popa, z pewnością. Jak można go nie lubić?

MM: Skoro rozmawiamy o pisaniu piosenek, jak myślisz, co powoduje, że piosenka jest dobra? Czy to ta piosenka, którą lubi publika i o którą prosi na koncertach? A może to ta, którą wy lubicie grać i wam się nie nudzi? A może to ta, której wy lubicie słuchać?

VR: Decydują o tym różne rzeczy. Rozmawialiśmy kiedyś o piosence “Rude and Reckless”. Wszyscy ją lubią. A dla mnie to zwykła piosenka, tekst jest prosty, muzyka też. Jednak jest w niej coś, co ludzie lubią. Myślę, że koleś, który śpiewa ją na płycie jest bardzo dobry. Ja śpiewam główny wokal, ale jest też koleś, który jest DJ-em i jest świetny. Są takie piosenki, które robią efekt „wow”. Ale są też inne, które są tylko ładnymi piosenkami. Wszystko zależy od słuchaczy. Ja mogę powiedzieć, że napisałem najlepszą piosenkę, ale jeśli wam się nie spodoba, to kogo to obchodzi.

MM: Ale czasem efekt „wow” ma utwór, który nie jest zbyt oryginalny i nie sądzisz, że będziesz go długo pamiętał. Ja mam tak z piosenką „Dance Wid’ Me” zespołu Hepcat, która ma niezbyt mądry tekst o pójściu na kawę i tańcach. To moja ulubiona piosenka. Uwielbiam ją i nawet nie wiem czemu, bo nie pomyślałbyś nawet, że jest w niej to coś. A jednak jest. I nie wiem do końca co jest w niej takiego magicznego.

VR: Takie rzeczy dzieją się, gdy zespół ma swoje brzmienie. Niektóre zespoły je mają i nie jest wtedy ważne, o czym śpiewają. Mogliby czytać z książki telefonicznej i byłoby okej. Hepcat ma to brzmienie, ten feeling. A czasami nagrywa się piosenkę, którą nagrywali wszyscy. Zespoły w latach 60-tych robiły tak cały czas, ale zawsze jedno z tych nagrań było inne, niezwykłe, prawda? Decyduje o tym brzmienie zespołu, albo czas, w którym nagrywano kawałek, to że na nagraniu udało się uchwycić jakiś magiczny moment.

MM: A po 27 latach pisania piosenek dla The Slackers żałujesz którejś?

VR: Czy żałuję którejś piosenki? Niektóre z nich nie są wybitne. Niektóre linijki bym zmienił tu i ówdzie, ale nie wiem. Nauczyłem się od Boba Dylana, że można zmieniać słowa na bieżąco. Jeśli nie podobają Ci się słowa, które śpiewałeś w zeszłym roku, w tym roku je zmień. Piosenka wtedy się zmienia, jak w muzyce folkowej.

MM: To dobre rozwiązanie na płytę jeśli nie masz pomysłów – nagraj stare piosenki w nowych wersjach.

VR: Robimy tak, gramy stare piosenki. Raz na jakiś czas, kiedy mamy sesję nagraniową myślimy, żeby zagrać jakąś starą piosenkę, bo może jej inna wersja będzie lepsza.

MM: A jak wygląda teraz scena reggae w Nowym Jorku? Oglądałam wywiad z waszym basistą i mówił, że teraz jest boom na muzykę reggae, że The Frightnrs mają taką publikę jakiej wy nie mieliście w latach 90-tych i że życzylibyście sobie takie publiki, kiedy zaczynaliście.

VR: Nie wiem, czy mówiłbym akurat o The Frightnrs. Oni mieli sporo fanów wśród pisarzy, właścicieli sklepów płytowych, itp. To tacy ludzie jak my się nimi zachwycili. Ich płyta jest wyjątkowa, bo to album rocksteady, nagrany z konkretnym zamysłem. Ale tak naprawdę oni byli innym zespołem. Grali taki wczesny dancehall z początku lat 80-tych, jak Johnny Osbourne czy Barrington Levy. Są świetnym zespołem, ich sekcja rytmiczna jest niesamowita. Ale scena nowojorska jest nietypowa, bo ludzie nie siedzą w tylko jednym gatunku. W Nowym Jorku jest tak: lubię rockabilly, punka, muzykę country, reggae, jazz. I jeśli idziesz na jakiś koncert, to wszyscy na nim będą. Ale jeśli mieszkasz w Kalifornii, to mówisz „lubię reggae” i chodzisz tylko na takie koncerty, tak samo jest z jazzem. Są różne miejsca gdzie reggae jest teraz na topie, staje się coraz bardziej popularne w całych Stanach. W Nowym Yorku zawsze było, bo mamy tam sporo Jamajczyków i to trochę inna sytuacja. Ale reggae jest teraz popularniejsze w Stanach niż kiedykolwiek w historii.

MM: Dobrze wiedzieć. Mam nadzieję, że ta fala dotrze do Polski, bo byliśmy zszokowani, że RudeMaker.pl, który zawsze był poświęcony muzyce ska, rocksteady, early reggae, jest obecnie jedyną aktywną stroną internetową o reggae w Polsce. Żadna strona roots reggae nie działa, ludzie nic nie piszą. Jeśli słuchasz starego reggae albo polskiego reggae, to nie masz gdzie o tym poczytać. Tylko na RudeMakerze, który zawsze był poświęcony tej małej części muzyki jamajskiej. Jesteśmy teraz w jakiejś dziurze i mam nadzieję, że ta fala dotrze do nas i wszystko pozmienia.

VR: Ciekawe. Coż, zwykle to roots było najpopularniejsze, było międzynarodowym hitem. Francja kocha roots, Anglia kocha roots. Myślę, że podobnie jest w Stanach. Teraz jest u nas nowy trend łączący granie kalifornijskie z roots reggae i hip-hopem, więc to nie jest do końca nasz styl. Ale się wpasowujemy, bo ludzie słyszą ten reggae bit.

MM: Czyli nadal macie nową publiczność na koncertach?

VR: Właściwie zawsze przychodzi ktoś nowy, jacyś młodzi ludzie. The Slackers żyją w dziwnym świecie. Gramy reggae, ale nie jesteśmy rastamanami. Gramy ska, ale nie jesteśmy skinheadami. Nie gramy też szybkiego ska. Gramy swoje, po swojemu, ale nie wymyśliliśmy tej muzyki. Gramy muzykę, która istniała już wcześniej. My tylko znaleźliśmy kawałek tu, kawałek tam i poskładaliśmy to sobie razem i wyszło brzmienie The Slackers. To bardzo dziwny świat (śmiech).

MM: Zobaczymy jak to będzie wyglądało za kolejne 27 lat. Mam nadzieję, że nadal będziecie grać.

VR: O rany, nie wiem. Kolejne 27 lat. Ile wtedy będę miał lat? Będę stary.

MM: The Rolling Stones są starsi.

VR: Będę martwy. Myślę, że za 27 lat nie będzie już Vica (śmiech). Ale cóż, dobrze było. Mam nadzieję, że Slackers pograją jeszcze wiele lat. Myślę, że zespół jest dość uparty, zawsze ma nowe pomysły, zawsze chce nagrywać nowe płyty. A ja ciągle powtarzam: „Proszę, mamy już wystarczająco dużo piosenek”. Świat jest teraz pokręcony, więc może jednak potrzebujemy ich więcej. Sam nie wiem, dziwnie się tu teraz żyje.

MM: A ile lat będziemy czekać na nową płytę?

VR: Myślę że zaczniemy pracę nad kolejnym albumem wkrótce. Zacznę uczyć zespół nowych piosenek w tym miesiącu. I jeśli się nauczymy kilku piosenek, za parę miesięcy je nagramy i za rok, może dwa będziemy coś mieć. Ale czy czasy nie są teraz dziwaczne? Rządy są dziwne, środowisko jest dziwne. Czuję nieswojo grając muzykę, to wszystko jest jakieś inne.

MM: Dlaczego? Co jest inne? Jaka jest różnica w tworzeniu muzyki?

VR: Ciężko być optymistą, ale  się staram.

MM: Ale najlepsze piosenki to zawsze te smutne.

VR: To prawda. Piszę smutne piosenki, pewnie. Ale w moim sercu jest optymizm. Wierzę, że wszystko się ułoży. Wierzę, że jest tam gdzieś jakiś romantyczny ideał. Cała muzyka lat 60-tych i 70-tych, którą kocham, w to wierzyła, że zmieni wszystko na lepsze. Punk lat 70-tych i 80-tych też chciał to robić. Dzięki muzyce punk i reggae świat jest lepszym i piękniejszym miejscem. Ludzie są bardziej moralni, etyczni, wiedzą więcej. Ale teraz myślę sobie: „Boże, co ja robię?”. Myślę że muszę być optymistą. Muszę wierzyć, że ludzkość jest okej. Czasem ciężko jest wierzyć w ludzkość, nie uważasz?

MM: Nie wiem, ja zawsze jestem pesymistyczna.

VR: Jesteś pesymistką? Ja mam problem z pesymizmem. Muszę z nim walczyć.

MM: To nadal graj piosenki.

VR: Dla artysty to zawsze jest dziwne. The Slackers i inne zespoły, które lubię, wszyscy dużo rozmyślamy o tym, jak nasza twórczość wpływa na świat, na ludzi, których znamy albo nas samych. Kreuję sobie ten mały świat, w którym wszystko jest doskonałe. Gdzie muzyka, którą kocham jest najpopularniejsza na świecie i wszystkim ludziom, którzy przychodzą na koncerty podoba się to samo i mówią mi, że kochają muzykę, którą tworzę. Możemy rozmawiać o muzyce, którą lubimy, o płytach, które poznajemy.

MM: To byłby raczej niepokojący świat.

VR: Ale to taki piękny świat, który stworzyliśmy dla nas samych, w którym mogę rozmawiać z tobą o bluesie albo o starych płytach country. A fani Slackersów mają świat, w którym wszystko działa. To wyjątkowe, piękne miejsce. Będę mieszkał w nim, dopóki tu będę. To dziwne.

 

tłumaczenie: Rudeboy Janek
zdjęcie: The Slackers w Warszawie, 03.11.2018, fot. Stępel

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *