Wywiad z Danielem Bromanem – wokalistą Babylove & The Van Dangos

15-ego kwietnia w Warszawie miał miejsce koncert zespołu The Bartenders, który aktualnie pracuje nad swoją płytą. Na koncercie wystąpił gościnnie Daniel Broman – wokalista duńskiego Babylove & The Van Dangos – którego usłyszymy także na, wcześniej wspomnianym, albumie. Skrzętnie skorzystaliśmy z tej okazji, aby sprezentować Wam, pierwszy w polskich „mediach”, wywiad z tym artystą. Znajdziecie w nim informacje o porannej kawie, japońskich toaletach, pewnym festiwalu, osobistościach sceny i wiele innych. Zapraszamy do lektury!

Czy pamiętasz swoją pierwszą wizytę w naszym kraju? Co przychodziło Ci do głowy kiedy słyszałeś słowo „Polska”?

Nigdy nie zapomnę tego pierwszego razu. To było w Krakowie, gdzie dostaliśmy najlepsze jedzenie jakie jadłem w życiu.
Coś tam o Polsce wiedziałem, ponieważ mam kilku przyjaciół z polskich rodzin w Szwecji, a do tego, już na miejscu, poznałem wiele wspaniałych osób.

Jak oceniasz polską publikę na podstawie występów, które do tej pory miałeś? Z tego, co sam widziałem to masz wspaniały kontakt z ludźmi na koncertach.

Do teraz zagrałem tutaj pięć koncertów i za każdym spotkałem się z bardzo miłym oraz przyjaznym podejściem ze strony ludzi bawiących się pod sceną. Wyglądało to tak, jakby ludzie z Polski, tak samo, jak ja, lubili poznawać nowych ludzi.
Ostatni występ (15.04.2011 r. razem The Bartenders – przyp. autora) zgromadził niezły miszmasz osobowości, a do tego sam klub bardzo mi się spodobał.
Lubię ludzi, więc nie ma powodu żebym próbował zgrywać wielką gwiazdę rocka, bo, po koncercie, ludzie sami zobaczą, jakim człowiekiem jestem, sam rozumiesz.

Rozumiem, ale sam na pewno nie raz spotkałeś się z artystami, którzy posiadają ten zły nawyk do ignorowania swoich własnych fanów. Zagraliście przecież całkiem pokaźną ilość koncertów…

Razem z The Van Dangos, myślę, że to już będzie około 600 występów albo coś koło tego.
Tak, ale, sam wiesz, że grając muzykę, jaką gramy wszystko, co mamy to publika. I to właśnie Ci ludzie przychodzący na nasze koncerty są jedynym powodem, dla którego możemy robić to, co kochamy.

Gdybyś mógł opisać, jak wygląda scena ska/reggae w Danii i ogólnie w Skandynawii. W Polsce, bowiem, możesz spotkać się często z opiniami, że takowej sceny nasz kraj nie posiada, a jak już jakaś istnieje to dawno przeszła w stan powolnej agonii.

Na północy nie ma też jakiejś dużej sceny, ale jest ona bardzo wymieszana: starzy wyjadacze, młode dzieciaki i wszystko pomiędzy nimi. Do tego scena reggae i ska nie są ze sobą jakoś połączone i na ten moment są to dwie osobne grupy ludzi. Jest ich aktualnie niewielu, ale wszystko powoli zaczyna się zmieniać.

Więc jak oceniłbyś poziom młodych kapel w Danii? Czy jest tam jakiś dobrze zapowiadający się, mały, lśniący diamencik?

Wygląda na to, że granie ska znowu staje się, czymś „cool” i robimy wszystko, co w naszej mocy, aby rozplenić naszą muzykę w szkołach i wśród młodzieży.
Zaś, co do zespołów, to jest kapela, która nazywa się The Skandals. Chłopaki pochodzą z Kopenhagi i grają ska od kiedy mieli po 12 lat. Zamierzają teraz zmienić nazwę, ale jest to kapela, która na pewno zasługuje na poświęcenie im uwagi.

A gdybyś mógł powiedzieć coś o naszym polskim podwórku?

Janusz (basista The Bartenders – przyp. autora) puszczał mi parę polskich kapel, które brzmią naprawdę dobrze, ale słabo u mnie z zapamiętywaniem nazw, więc niestety nie powiem, o które mi chodzi. Za wyjątkiem The Bartenders… i Paprika Korps.

W Krakowie poznałeś chłopaków z The Bartenders, a teraz pomagasz im w nagraniu albumu. Jak do tego doszło?

Janusz zadzwonił do mnie jakiś miesiąc temu z pytaniem, czy nie napisałbym piosenki i nie pomógłbym im przy nagrywaniu. Bez zastanowienia się zgodziłem.

I jak oceniasz współpracę z kapelą? I gdybyś mógł powiedzieć coś więcej o samym albumie, no chyba, że to sprawa ściśle tajna.

Chłopaki są bardzo zrelaksowani i podchodzą do całej sprawy bez nerwów. Powiedzieli mi, że trochę obawiali się tym, że musieli nauczyć się kilku kawałków Babylove & The Van Dangos, ale wyszło im to bardzo dobrze! Są prawdziwymi muzykami.
Co do albumu, to składa się, tak myślę, z dziewięciu utworów, w których usłyszycie pięciu różnych wokalistów. Nie jestem pewien, czy jest to sekret, więc nie powiem o kogo chodzi, ale, można powiedzieć, że są z różnych bajek, a same utwory brzmią świetnie.
Co mogę powiedzieć, to to, że kawałek, w którym ja udzielam się gościnnie, będzie z rodzaju słodkiego rocksteady, który nazywa się „Only a fool”.

Ta cała sprawa współpracy z innym zespołem jest dla Ciebie czymś nowym? A może miałeś już taką możliwość wcześniej?

Nie, do tej pory pomagałem w pisaniu tekstów francuskiej kapeli Two Tone Club, nowemu niemieckiemu zespołowy, który nazywa się Pinatubo Bay oraz pomogłem pewnej kubańskiej formacji hip-hopowej. Mam jednak nadzieję, że ten ostatni, nigdy nie ujrzy światła dziennego.

W tej sytuacji to Ty jesteś zaproszony do współpracy przez inną kapelę, ale chciałbym Cię teraz zapytać, jak to jest współpracować z innymi artystami? Np. z ikonami ska, tj. Doreen Shaffer, czy Victorem Ricem. Jestem ciekawy, ponieważ musiało być coś wyjątkowego we współpracy z ikonami sceny ska, którzy są idolami dla wielu ludzi. No i znalazłem informację, że niejako „porwaliście” Doreen, zaraz po jej koncercie z The Skatalites w Danii <śmiech>.

Tak! Porwaliśmy Doreen! <śmiech>, ale teraz na serio. Doreen jest bardzo miłą, starszą panią, która była bardzo zaskoczona naszym pomysłem, ale samo nagranie wyszło bardzo dobrze. Opowiedziała nam historię o tym, jak rozpoczęła swoją współpracę z ekipą Studio One. Cały czas musiałem szczypać się w ramię, bo było to dla mnie coś niewiarygodnego. Nagraliśmy wtedy bardzo oldschoolowy utwór, po prostu patrząc się na siebie. Wyglądało to jakbyśmy tańczyli, ponieważ za każdym razem, kiedy śpiewałem w jej stronę, łapaliśmy się za ręce <śmiech>. Jest naprawdę bardzo słodką i bardzo miłą starszą panią. Do tego czuliśmy, że ta współpraca była czymś bardzo ważnym, ponieważ wiele osób zapomina o jamajskich początkach tej muzyki.
Victor jest cholernie fajnym kolesiem. Kiedy byliśmy u niego w Sao Paulo, nauczyłem się bardzo dużo obserwując go przy pracy, a samo oglądanie tego, jak tworzy dub miksy pozwoliło mi bardzo docenić tę sztukę. A gdybyś zobaczył cały ten analogowy sprzęt…

A współpraca z Chrisem Murray’em? Split, trasa…

Chris jest bardzo przyjemnym facetem, dopóki nie dostanie swojej porannej kawy <śmiech>. Przeważnie, graliśmy razem jeden lub dwa kawałki każdego wieczoru. Jest takim typowym, podróżującym muzykiem – nigdy nie narzeka, zawsze idzie z nurtem. Jako tekściarz, jest osobą, która bardzo mnie zainspirowała. Ten facet naprawdę potrafi skleić przepiękne wersy.

Czy są jeszcze jacyś artyści, o których chciałbyś wspomnieć? Może kiedyś współpracować? Kiedy gra się około sześciuset koncertów, to na pewno poznaje się masę ludzi.

Jest pewien wokalista, którego bardzo lubię. Nazywa się Pluto Shervington i aktualnie mieszka w Miami, a przynajmniej tak mi się wydaje. Gdyby kiedyś przydarzyła mi się okazja do nagrania z nim czegoś to byłoby to wspaniałe. Kolejną osobą jest Dr. Ring Ding. Nie dość, że jest wszechstronnym artystą, to jeszcze jest jednym z weteranów europejskiej muzyki ska i reggae. W przyszłym tygodniu mamy zamiar nagrać w Kopenhadze utwór z Royem Ellisem. Myślę, że to też będzie interesująca kooperacja. Muszę dokończyć refren do tego utworu… jakieś pomysły?

Może o pięknych, polskich dziewczynach?

O tak. Macie ich tutaj wiele, ale ja już mam swoją wybrankę, rozumiesz…

Chciałbym teraz wrócić do wątku koncertowego. Jeżeli dobrze kojarzę to mieliście trasę po Japonii, tak?

Tak, ale graliśmy głównie w Tokio i jego okolicach. Cholernie wielkie miasto.

Miałem okazję porozmawiać z kilkoma muzykami, którzy też mieli okazję grać w Azji i wszyscy byli zgodni, co do tego, że było to bardzo dziwne, ale także ciekawe doświadczenie…

O taaaaak. To była totalnie dziwna trasa, ale tak samo wspaniała. Wiesz, że oni tam mają toalety, które myją i suszą Ci tyłek? I do tego grają muzykę! Ciężko było, po powrocie do domu, robić tę ciężką robotę samemu.

<śmiech> No dobra, ale wróćmy do tematu.

Koncerty normalnie rozpoczynały się o 18, a kończyły w okolicach 21. W tym czasie na scenie występowało pięć, sześć zespołów. Czasami włodarze zamykali klub na pół godziny i wszyscy musieli wyjść. Otwierali go po 21:30, aż do północy. Byliśmy jedyną kapelą, która za występ otrzymała jakieś pieniądze. Inni, o dziwo, płacili za swój występ. To dopiero powalona rzecz…

A co powiesz o publiczności?

Wiesz, nie była taka, jak słyszałem od innych. Ludzie tańczyli i krzyczeli, jak w każdym innym państwie. Byli także bardzo przyjaźni i uprzejmi. Poznaliśmy tam wielu ludzi i kilku dobrych znajomych, których potem zaprosiliśmy na wielką imprezę w przeddzień naszego wyjazdu. Dziewczyny założyły swoje najlepsze kimona, aby uhonorować to, że bawią się razem z nami w tę ostatnią noc. To było cholernie miłe i ciepłe z ich strony. Wiesz, im więcej podróżujesz, tym bardziej dostrzegasz, jacy ludzie są naprawdę. O, i muszę Ci jeszcze powiedzieć, że mieliśmy z chłopakami mały „swearing contest”.

Swearing contest?

Tak. Obrzucaliśmy się obelgami, z czego my robiliśmy to w sposób bardzo… niecny, np. „Twoja matka ssie spermę łosia z brudnej, starej skarpety”, na co usłyszeliśmy odpowiedź „a wy macie bardzo okrągłe twarze”. To mówi Ci nieco o różnicy zachowań.

I kto wygrał? <śmiech>

Myślę, że my! <śmiech>

Myślałeś nad takim konkursem w Polsce?

Boję się, że tutaj bym przegrał. Ludzie, przeklinacie naprawdę dużo.

Jak czułeś się kiedy zobaczyłeś nazwę swojego zespołu na plakacie reklamującym Roskilde? To było coś specjalnego? Może to trochę głupie pytanie, ale Roskilde to dalej Roskilde.

Wtedy nie myślałem o tym za dużo. Ba, byłem przekonany, że nikt się nie zjawi. Ale gdy zobaczyłem wszystkich ludzi bawiących się pod sceną to wtedy poczułem, że wszystkie problemy, cała ciężka praca, ciągły brak pieniędzy całkowicie się zwraca! Poważnie, zakręciła mi się oku łza. To był wielki moment. Facet, który śpiewał razem z nami, Lalle, przekładał swój pociąg powrotny jakieś pięć razy, z powodu imprezy, którą zrobiliśmy po występie <śmiech>.

Dobrze. Kiedy możemy się spodziewać Twojej kolejnej wizyty w naszym kraju? Może przyjedziesz z zespołem, żeby promować nowy album?

Mamy nadzieję, że wrócimy do was na jesieni, ale jeżeli zobaczy to jakiś organizator: czekamy na wasze propozycje, których nie będziemy w stanie odrzucić!

Chciałbyś powiedzieć coś czytelnikom?

Mogę tylko obiecać, że dalej będziemy robić to, co robimy teraz. Jeżeli chcecie abyśmy byli na tej scenie dla was – będziemy tam, aż do śmierci! Nothing, but love to you all Polish Massive!

Dzięki wielkie za poświęcenie mi swojego czasu, aby odbyć tę rozmowę i mam nadzieję, że za niedługo znowu będziemy mieli okazję, aby porozmawiać.

Rozmowa z Tobą to była dla mnie przyjemność. Ja też mam nadzieję, że już niedługo znowu będziemy mogli się spotkać. Trzymajcie się!

Na zdjęciu Daniel Broman w czasie występu Babylove & The Van Dangos na festiwalu Roskilde w 2008 r. Autorem jest ravil.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *