Recenzja

Steady Social Club – „Take One”

Czy zdarza wam się czasem zamówić płytę bez wcześniejszego przesłuchania? Ba, nawet bez znajomości nawet jednego utworu? Płyta Steady Social Club była pierwszą od dawna, którą nabyłem bez usłyszenia choćby sekundy materiału.

Kontynuuj czytanie ▾
Steady Social Club - zdjęcie winyla

Kiedyś zamawianie kaset ze względu na wydawcę, okładkę czy na podstawie recenzji było normą. W dobie YouTube’a i serwisów streamingowych coraz rzadziej mi się to zdarza, bo praktycznie każda płyta jest dostępna w wersji cyfrowej i z łatwością mogę sprawdzić czy dane nagranie faktycznie chcę mieć na półce. W tym jednak przypadku, by w pełni nacieszyć się pierwszym odsłuchem winyla z premedytacją nie kliknąłem nawet w link do prapremiery na RudeMakerze (tak naprawdę nie chciałem też przeciążać i tak pewnie już rozgrzanych do białości serwerów).

Steady Social Club – „Take One”

Podczas zakupu nie znałem zawartości debiutanckiego krążka Steady Social Club. Wiedziałem jednak, kto stoi za powstaniem „Take One” i że ma być utrzymany w stylistyce rocksteady. Gdybym miał wąsa, to bym się pod nim uśmiechnął, dodając: „Taaa, polskie rocksteady, mhm”. Ale, że noszę się gładko i nie należę do ska policji, pomyślałem w zamian: „Taaak, polskie rocksteady!”. Nie ukrywam, że miałem poważne obawy co do końcowego efektu poczynań Steady Social Club. Nie dlatego, że nie wierzyłem w muzyków zaangażowanych w projekt. Obawiałem się raczej o produkcję płyty – kto to u nas dopieści tak, żeby brzmiało i grało, jakby zostało stworzone na malutkiej karaibskiej wysepce w 1967 roku? Może trochę spanikowałem, ale sami przyznacie, że rok 2020 jest dla nas wszystkich czasem rozczarowań – zero koncertów, imprez, odwołane festiwale. Trudno być optymistą. Gdyby jeszcze długo wyczekiwana pierwsza Polska Płyta Rocksteady miała okazać się słabizną, tysiące polskich serc mogłyby już nigdy nie podnieść się po takim ciosie. Czy więc „Take One” spełnia oczekiwania Polaków marzących od przeszło 50. lat na swoje PPR?

Moim zdaniem jak najbardziej tak! Ten album jest wspaniały od pierwszego do ostatniego dźwięku. Obiecuję, że nie zdejmiecie jej z gramofonu przez najbliższe dni, a może i tygodnie. „Take One” to 12 pięknych piosenek rocksteady (a w rzeczywistości chyba 11, bo według mnie znalazł się w tym zestawie jeden reggae rodzynek) o miłości szczęśliwej i tej trochę mniej, czyli dokładnie o tym, o czym śpiewa się w tym rytmie. Pewnie nie nabierzecie wujka na imieninach, że to nagrania wyprodukowane przez Derricka Harriota, ale jak tylko usłyszy wstęp do otwierającego płytę „Those are fools”, przyzna z pokorą, że to rocksteady pierwszej wody.

Nagrania odbyły się na tak zwaną setkę (co bystrzejsi z was już pewnie wiedzą, skąd tytuł płyty) i przy użyciu analogowego sprzętu (16-ścieżkowego magnetofonu szpulowego), a zmiksowane zostały w mono i ze wszelkimi bajerami, które sprawiły, że brzmią tak, jak powinny. W 10. utworach usłyszycie w różnych konfiguracjach głosy Ani Teliczan (która udzielała się m.in w Real Cool Sound i gościnnie śpiewała z zespołem The Bartenders), Wioletty Baran (z funkowej kapeli Big Fat Mam) i Borisa Borowskiego (znanego ze Spartan Allstars). Wszystkie utrzymane są w dość wolnym tempie, jak na rocksteady przystało. Ale przecież nie ma gdzie się spieszyć, lepiej zasiąść wygodnie i delektować się odsłuchem. Tu może was ogarnąć przedziwne uczucie – utwory sączą się tak powoli, że ma się wrażenie, że moment, w którym trzeba się unieść z kanapy i przełożyć krążek na drugą stronę, nigdy nie nastąpi. W zasadzie nie widzę słabych puntów w tym nagraniu. Uwielbiam je w całości, od pierwszej do ostatniej nutki. Gdybym musiał wskazać faworytów, to dziś byłyby to: „Those are Fools”, „My biggest mistake”, early reggae’owy „Friend or Foe” i „There’s The Door”, który ma potencjał koncertowego hitu.

Bardzo podoba mi się pomysł zaangażowania trojga różnych wokalistów. Ich głosy bardzo fajnie się uzupełniają. Być może to ukłon w stronę słynnych jamajskich grup wokalnych, które w historii tamtejszej muzyki odegrały niebagatelną rolę. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nie będzie problemów z zebraniem pełnego składu na koncerty.

Kupujcie tę płytę, póki jest dostępna, bo gdy za kilka tygodni cały świat się dowie o Steady Social Club, będziecie oglądać ten album na Discogsie i nerwowo zastanawiać się, którą nerkę sprzedać. U mnie „Take One” ląduje na półce obok The Frightnrs, Steady 45s, Jr. Thomas and The Volcanos i The Slackers, czyli w gronie moich ulubionych współczesnych zespołów sięgających w swoim repertuarze po rocksteady. Nie wiem, jak wy, ale ja w tym Steady Social Clubie zdecydowanie zostaję.

Dyskusja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *