Recenzja

The Players Band – Skamörgåsbord

Tytuł tego albumu brzmi jakby nadciągali Wikingowie i jedynym sensownym posunięciem zdawała się sprawna ewakuacja. Coś jest na rzeczy, bo smörgåsbord to w praktyce nic innego jak szwedzki stół. W tym przypadku bufet dotyczy rzecz jasna muzyki ska i odnosi się do obszernego, przekrojowego, złożonego z wszelkich podgatunków ska zestawu dań, jaki przygotowali dla nas The Players Band.

Kontynuuj czytanie ▾
The Players Band - Skamörgåsbord

Skamörgåsbord to już piąty album pochodzących z Baltimore The Players Band. Z czym kojarzy mi się Baltimore? No tylko wyłącznie z serialem The Wire i pochodzącym z niego okrzykiem „Omar’s coming”. Nigdy nie byłem w Stanach Zjednoczonych, ale mam pewne wątpliwości, czy obraz miasta nazywanego za oceanem Charm City, przedstawiony w tej produkcji jest do dziś jakiś przesadnie adekwatny. Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie z tamtymi raczej przygnębiającymi, miejskimi krajobrazami w głowie zacząłem słuchać tego krążka.

Kontrast między moją ponurą wizją a dźwiękami wydobywającymi się z głośników był natychmiastowy i można powiedzieć, że odetchnąłem z ulgą. Co trzeba podkreślić, od razu słychać, że Players Band to nie żadni amatorzy, a faktycznie porządni gracze. Skład kapeli to w zasadzie taki prawie all-stars dream team. Usłyszeć tu można członków kapel takich jak The Pietasters, Jah Works, Bumpin Uglies, Unity Reggae, Scotch Bonnets, Kill Lincoln, czy punkowych Left Alone. Ponad 20 lat scenicznego stażu i 500 koncertów zrobiło swoje. Ten zespół wie co do czego służy i nie waha się zastosować tej wiedzy w iście zabójczy sposób. Jak się okazuje nie ma też żadnych oporów by zatrudniać do roboty najemników, czyli gościnnych wokalistów, których jest naprawdę sporo. Miał być szwedzki stół, więc będzie w czym wybierać.

The Players band na scenie The Fillmore Silver Spring, 2019
fot.: materiały prasowe

 

The Players Band – Skamörgåsbord

The Players Band – Skamörgåsbord - tył okładkiKrążek zaczyna się melodyjnym „Who’s That”, którego nie powstydzili by się Slackersi. Nie żeby świetny Dan Schneider śpiewał szczególnie podobnie do Vica Ruggiero, ale jakoś cała ta piosenka kojarzy mi się właśnie z moimi ulubionymi Nowojorczykami. Po chwili przychodzi naprawdę mocne uderzenie. Wiedziałem, że będą covery, gościnni wokaliści i w ogóle, ale uczciwie przyznam, że „Sledgehammer” Petera Gabriela się tu nie spodziewałem. Co więcej, w życiu nie przypuszczałem, że wersja z Lady Hatchet z zespołu Scotch Bonnets będzie tak dobra. To co ona tu wyczynia z głosem, to jak dla mnie jest na miarę co najmniej Tiny Turner.

Następny „Hot Milk” to oczywiście cover Jackiego Mittoo. O ile oryginał był raczej surowym klawiszowym popisem, tu oprócz hipnotyzującego plumkania Pablo Fiasco usłyszymy moc dętych. Bardzo do mnie przemawia ta wersja. Jackiemu Mittoo zadedykowany jest dalej jeszcze jeden wolny, sielankowy numer ze znów genialną sekcją dętą, gdzie jego zasługi pięknym miękkim głosem opiewa Natty Roc z Jah Works.

Muszę przyznać, że naprawdę dobrze sprawdza się tu ta koncepcja miksu coverów i własnych kompozycji. Covery są dobre i/lub zaskakujące, a autorski materiał ma wystarczającą siłę by skutecznie przebić się przez melodie, które znamy od lat. Takie na przykład „Wet Noodle” o politycznym zabarwieniu jest świetnym numerem rocksteady, który wciąż sprawia frajdę przy kolejnych odsłuchach. Ciekawostka, tu na wokalu występuje basista, Joe Ross. W doskonale zaśpiewanym przez Marka Leary’ego „Vacation” tempo znów przyspiesza by po chwili przejść do instrumentalnej, ska-jazzowej galopady w westernowym „Nimrod” oryginalnie granym przez The Skatalites.

„Loving Cup” to kolejna niespodzianka, czyli cover piosenki Rolling Stonesów, której nie słyszałem od lat. Jest rzecz jasna bardziej bujający od oryginału, za to znów pozytywnie wyróżnia się pracą sekcji dętej. Nie będąc psychofanem Micka Jaggera, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że David Blackstone (w przeszłości grał w tym składzie na puzonie) spisał się tu wokalnie bardzo ładnie.

Ciekawie robi się przy „Player’s Anthem”, tym razem przy mikrofonie saksofonista David Saunier.  Tu już wjeżdżają na całego lata 90. w Toastersowym wydaniu, choć kulminacją tego stylu jest dopiero „Get In The Van”, gdzie Stephen Jackson z The Pietasters opiewa ciężki los początkujących muzyków. Trzeciofalowe ska trzeba umieć zagrać, żeby było szybko i do przodu, ale bez biedy i paździerza – to wcale nie jest takie proste. The Players Band radzą z tym sobie bardzo zgrabnie.

Pomiędzy tymi dawkami młodzieńczej nostalgii sprzed ponad 20 lat są jeszcze trzy inne numery w tym dwa świetne instrumentale: ska-jazzowa aranżacja jazzowego standardu „Work Song” i doskonała wersja „Liquidatora” przyprawiona mocną porcją trąb. Tu warto wspomnieć, że w niektórych momentach albumu dętych można usłyszeć aż sześć jednocześnie. Trzecim elementem tej części jest piękne, wolniejsze „Over You”, gdzie do głosu znów dochodzi Dan Schneider, czyli etatowy wokalista Playersów. Uff, naprawdę idzie pogubić się w tych wszystkich śpiewających nazwiskach.

Album zamykają cztery wersje dubowe i jeśli wcześniej miałem jakieś wątpliwości, to teraz rozwiały się one momentalnie – za produkcję i miksy całego nagrania odpowiada oczywiście nie kto inny jak Victor Rice. W brazylijskim Studio Copan jak zawsze wykonał pracę najwyższej jakości. Swoich pełnych echa wariantów doczekały się „Sledgehammer” (wow!), „Hot Milk” (to chyba mój numer jeden z tych dubów), „Wet Noodle” i „Nimrod”.

„Skamörgåsbord” to rewelacyjny zestaw wręcz idealnie dopasowany do okazji jaką jest 20-lecie zespołu. Podsumowanie działalności, przegląd gatunków, mnóstwo gości – po prostu doskonała impreza, na jaką będziecie mogli się wybrać już w czerwcu. Zróbcie sobie przyjemność i nie przegapcie tej premiery.

Album jest już dostępny w przedsprzedaży na stronie zespołu. Ukaże się na cd oraz podwójnym winylu.

Dyskusja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *