W dodatku A Poet’s Life to chyba pierwsze od „…And Out Come the Wolves” podejście do jamajszczyzny i to na tyle bliższe, że te poprzednie nagrania Rancida brzmą przy Armstrongu z Aggrolitesami, jak – z całym szacunkiem – Podwórkowi Chuligani przy Bartendersach. Oczywiście, na płycie Tima Armstronga nie mogłoby zabraknąć punkowej estetyki, ale tym razem, nie wkracza ona w brzmienie – to jest stałe i panują nad nim w pełni The Aggrolites. Armstrong natomiast, jeden z ostatnich punkowych wokalistów, których bym o to posądzał, wyczynia ze swoim głosem niesamowite rzeczy – uprawia wręcz stylistyczną żonglerkę. Nie przypadkiem jest on tu autorem i wykonawcą, a nie np. Tim Armstrong & The Aggrolites. Nie wiem, jak on to robi, śpiewa przecież cały czas tak samo, a słychać w nim i Joe Strummera z Sandinisty i old school hip hop. Punk pozostaje w sferze tekstowej (która dzięki temu jest nieco ciekawsza niż trzecio-falowy standard – tytuł zobowiązuje i mamy tu do czynienia z konwencją uliczno-literacką), oprawie graficznej, teledyskach.
Współpracy Tima z Aggrolitesami mówię więc zdecydowane tak i nie obraziłbym się za tego projektu ciąg dalszy. A Poet’s Life to świetnie dopracowany materiał, spójny stylistycznie i estetycznie, a jednocześnie nie jednostajny. Co bardziej konserwatywnych zwolenników dźwięków rodem z Jamajki może zawieźć to, że Aggrolites są tylko tłem – nadają brzmienie, ale brakuje solo na instrumentach i tym podobnych smaczków. Moim zdaniem jednak trzeba oddać Armstrongowi wszelkie honory – zalety, które ma ta płyta są bowiem w pełni jego zasługą, a odchylenie od tradycyjnej formy uważam za dopuszczalne.
(Szczególnie polecam – Wake Up, Hold On, Into Action, Translator, Lady Demeter)
Dyskusja