Keith & Tex: Rocksteady to fundament dzisiejszego reggae

Derrick Harriott powiedział kiedyś: „Zapytaj któregokolwiek jamajskiego muzyka, a każdy z nich powie ci, że czas popularności rocksteady był najlepszym czasem dla muzyki jamajskiej”. Pomimo, że trwało to dosyć krótko, wpływu tego gatunku na reggae nie sposób przecenić. Keith & Tex, którzy zasłynęli hitem „Stop That Train”, byli częścią tej nowej fali.

Obaj emigrowali w 1970 roku – Keith Rowe do Stanów Zjednoczonych, a Tex Dixon do Kanady. Spotkali się wiele lat później i zdecydowali kontynuować to, rozpoczęli w latach sześćdziesiątych na Jamajce. Koncertują na całym świecie, a w 2017 roku wydali w wytwórni Liquidator album rocksteady „Same Old Story”. Rok później wystąpili na festiwalu This Is Ska. Miałam okazję chwilę z nimi porozmawiać, zanim wyszli na scenę.

Magdalena Miszewska: Po raz kolejny wróciliście na koncerty do Europy. Skoro tak często tu gracie, to chyba dobrze was tu traktują.

Keith Rowe: Właściwie wracamy co roku i bardzo nam się tu podoba. A Europie podoba się nasza muzyka, więc to odwzajemnione uczucie.

Tex Dixon: Śpiewamy rocksteady i ludzie tutaj bardzo lubią nasz styl. Europa jest na czele miejsc ceniących naszą muzykę.

MM: Tytuł waszej ostatniej płyty to “Same Old Story”. Wiem, że to również tytuł piosenki, ale czy możemy go potraktować jako informację o tym, że nadal gracie rocksteady – muzykę, od której zaczynaliście 50 lat temu? Jako wiadomość dla słuchaczy: „Hej, nadal gramy muzykę, którą graliśmy od zawsze”?

KR: Tak, u nas muzycznie w sumie po staremu. Gramy to samo, ale lepiej, bardziej nam się to podoba, doceniamy to bardziej niż przedtem, bo teraz patrzymy na świat inaczej niż kiedy byliśmy nastolatkami.

TD: To w sumie takie odświeżenie tematu. Mnóstwo rzeczy zostało takie samo, ale sporo się zmieniło. Mimo to, nadal chcemy utrzymać ten groove z czasów, kiedy byliśmy dzieciakami.

MM: A skoro mówimy o ostatniej płycie, to należy wspomnieć o Roberto Sanchezie, Hiszpanie, który z wami współpracował. Jak do tego doszło?

KR: Znam go od ponad dziesięciu lat. Nagrałem dla niego dwie piosenki w latach dziewięćdziesiątych. Kiedy byliśmy w Atlancie i szykowaliśmy się do nagrania naszej nowej płyty, napisałem mu maila: „Hej, Roberto, przyślij mi parę piosenek, żebyśmy z Texem mogli do nich napisać teksty”. A on spytał, czy nie bylibyśmy zainteresowani wspólną płytą. Od razu wzięliśmy się do roboty.

MM: Czyli to on jest odpowiedzialny za całą muzykę?

TD: Tak, w stu procentach. On napisał muzykę, my teksty. To nie było duże wyzwanie, ponieważ kawałki, które nam przysłał były dobre. To dobry producent, bardzo się postarał.

MM: Roberto Sanchez jest znany z brzmienia rocksteady i innych rytmów vintage. Czy pracuje w podobny sposób jak producenci w latach sześćdziesiątych czy widzicie jakieś różnice? Czy ma odpowiedni sprzęt, żeby dźwięk brzmiał w starym stylu?

KR: Myślę, że uchwycił ten dźwięk, ten styl lat sześćdziesiątych. Jedyna różnica jest taka, że my jesteśmy w Atlancie, w Stanach, a on w Hiszpanii i załatwiamy sprawy przez Internet. Ale jeśli chodzi o muzykę, to uchwycił dźwięk, ducha, esencję rocksteady. To nasz najlepszy album jak do tej pory.

MM: Sposób w jaki teraz nagrywacie płyty różni się od tego sprzed pół wieku. Wtedy na Jamajce wszystko działo się szybko. Poszliście do Dericka Harriota i za kilka dni mieliście umówioną sesję nagraniową. Teraz pracujecie wolniej, wszystko trzeba wcześniej przygotować. Pasują wam te zmiany czy może tęsknicie za tym szybkim nagrywaniem w studio?

TD: Nie do końca było tak, jak to przedstawiłaś. Sporo było wtedy przygotowań w domu. Kiedy weszliśmy do Derricka, wszystko było już gotowe. Akurat wtedy kogoś nagrywał, więc nam się poszczęściło. Ale przygotowywaliśmy się wcześniej przez parę miesięcy. Lubiliśmy wtedy siąść i pisać od zera, muzykę i  teksty. Teraz było łatwiej, bo Sanchez napisał całą muzykę, a on dobrze ją czuje. Nasza rola była ograniczona tylko do napisania odpowiednich tekstów. Wtedy byliśmy dzieciakami, nastolatkami, teraz jesteśmy dorośli. To ogromna różnica, ale reszta jest tak samo przyjemna jak w latach sześćdziesiątych.

MM: Kolejna rzecz, która się zmieniła, to tematyka waszych tekstów. Na nowej płycie są teksty społeczno-polityczne. W muzyce rocksteady to nie zdarza się często.

KR: To prawda, Rocksteady jest głównie o miłości, ale my jesteśmy już dojrzałymi facetami. Żyjemy w czasach, w których mamy uchodźców na całym świecie, z Afryki, z Syrii. Musieliśmy o tym napisać. Na przykład u nas, w Stanach Zjednoczonych, mamy mnóstwo bogaczy i tuż obok nich mnóstwo biedaków. Śpiewamy o tym, bo to widzimy, to przykłady z życia. Ale piszemy też o miłości. Rocksteady to miłość, więc większość naszych tekstów jest o niej. No, w każdym razie połowa.

MM: Steve Barrow i Peter Dalton napisali w swojej książce „Rough Guide To Reggae”, że rocksteady było najważniejszym epizodem w historii muzyki jamajskiej, ponieważ skupiło się na sekcji rytmicznej, na bębnach i basie. To był przełom. Nie ska, nie reggae, ale ten krótki okres, w którym rocksteady było popularne. Zgodzicie się z tą opinią?

TD: To była bardzo ważna era, ale nie do końca zgadzam się ze wszystkim, co mówią. Oni widzą to ze swojej perspektywy, może i prawdziwej. Nigdy nie przyglądałem się temu dokładnie, ale wiem, że ten czas, kiedy nagrywano rocksteady, był z wielu powodów bardzo ważny dla rozwoju reggae. Wywodzimy się ze ska, gdzie bas musiał grać bardzo szybko, a my to zwolniliśmy. Śpiewamy bardziej w stylu lovers rock, dosyć romantycznie. Zgodzę się, że to był ważny okres, jeśli chodzi o drogę jaką przebyło reggae od swoich początków do teraz.

KR: Ja myślę trochę inaczej, Zgadzam się z większością rzeczy zawartych w ich książce, ale uważam, że rocksteady przez te cztery lata dało solidny fundament dzisiejszemu reggae. Większość najbardziej pamiętnych piosenek, które słyszysz dziś czy utworów, które artyści teraz wykonują, została stworzona w czasach największej popularności rocksteady. Trochę je tylko uaktualnili i odrobinę może zmienili. A Paragons, Heptones, Techniques? No weź, nie ma w reggae nikogo, kto może konkurować z nimi w kategorii żywotności utworów. Od pięćdziesięciu lat nadal słuchamy Keitha i Texa, nadal słuchamy The Paragones, The Heptones. Te utwory wciąż świetnie brzmią,  dzieciaki do nich tańczą. Tak, to był ważny okres.  Zmienił się też styl grania na gitarze – to zasługa Lynna Taitta. W dzisiejszym reggae dużo jest z rocksteady. Tak, jak w rocksteady jest dużo ze ska. A my wychowaliśmy się słuchając ska.

MM: W tej samej książce jest napisane, że w momencie kiedy rocksteady było popularne, ska uważano za muzykę dla dorosłych, a młodzi woleli słuchać rocksteady. Myślę, że chodzi tu o sekcje dęte i tych wszystkich świetnie wykształconych muzyków grających ska, że przez to ta muzyka odbierana była jako przeznaczona dla starszych słuchaczy.  Młodzi chcieli słuchać czegoś nowego. Tak było? Tak to pamiętacie?

TD: Myślę, że tak. Moim rodzicom i osobom starszym ode mnie bardzo pasowało słuchanie ska. Nie wiem czy wiek grał tu główną rolę, ale rzeczywiście młodsi woleli słuchać rocksteady. Pamiętam, że za dzieciaka chciałem słuchać rocksteady. Kochałem ska, ale to rocksteady miało ten groove. W ska inaczej grali na gitarach i wydawało nam się, że to raczej dla dorosłych. Nauczyliśmy się tańczyć do ska, nazywamy ten taniec „shuffle”, wielu ludzi tańczy tak nadal. Ale bardziej pociągało nas rocksteady.

KR: Młodzież słuchała amerykańskich rozgłośni z muzyką R’n’B, takich wykonawców jakThe Impressions, The Drifters, The Platters, The Temptations, The Four Tops. Jeśli chciałeś śpiewać jak oni, to nie mogło być to ska, bo było po prostu za szybkie. Nie dasz rady wyrazić się w takim tempie. Mogę wyrazić siebie, rozmawiając z tobą wolniej w sposób przemyślany <mówi wolniej> . Wpływ rhythm and bluesa na rocksteady był ogromny. Jamajskie zespoły wykonywały piosenki artystów R’n’B w stylu rocksteady. Dlatego młodzi polubili ten styl.

MM: Ale nie trzeba być młodym, żeby słuchać rocksteady. Można być trochę starszym, jak Keith i Tex i nadal śpiewać rocksteady, bo ta muzyka zostaje w sercach na zawsze. A w waszych na pewno, bo to też niezła historia, że jeden z was przeniósł się do Kanady, drugi do Stanów i przez lata nie mieliście ze sobą kontaktu, bo nie można przecież było zadzwonić do siebie z komórki i spytać: „Hej stary, co u Ciebie?”. Ale kiedy się odnaleźliście, nadal chcieliście grać rocksteady.

KR: Właściwie to w latach dziewięćdziesiątych nagraliśmy płytę “Together Again”, zaraz po tym jak Tex mnie znalazł. Pracowałem wtedy w wojsku i często wyjeżdżałem. W 2012 roku dostałem maila od człowieka, który chciał żebyśmy zagrali w Kalifornii. Daliśmy tam koncert, który poruszył nas do głębi. Ludzie z całych Stanów, z Minnesoty, z Chicago, nawet z Meksyku przyjechali zobaczyć Keitha i Texa, bo myśleli, że z jakichś powodów przestaliśmy występować albo już nie żyjemy. Bardzo nas to zaskoczyło. Nie miałem pojęcia, że tyle osób nadal słucha rocksteady. Ci ludzie znali każdą naszą piosenkę, którą wtedy wykonaliśmy, słowo w słowo, śpiewali z nami. W sumie, to mogliśmy tylko wejść na scenę, wystawić im mikrofon i mówić „A teraz piosenka…” i oni by zaśpiewali wszystko sami. To było bardzo poruszające.

TD: Jesteśmy wokalistami. Kiedy ponownie się spotkaliśmy, nie planowaliśmy śpiewać rocksteady dla samego śpiewania. Wiedzieliśmy, że mamy niedokończone sprawy, że nie wykorzystaliśmy w pełni swoich możliwości. Okazało się, że jest jeszcze w nas trochę życia i chcemy to nadal ciągnąć. Dalej gramy rocksteady głównie dzięki temu, że zobaczyliśmy jak nas wtedy odebrano i ten jeden koncert dał nam impuls do dalszego działania. Ci młodzi ludzie mogliby być naszymi dziećmi, a chcieli nas słuchać. Wybór był prosty, bo przecież znamy się na rocksteady, więc dalej robimy to, co kiedyś zaczęliśmy. Taka to historia [śmiech].

MM: Keith, pracujesz w rozgłośni radiowej, więc oczywiście znasz współczesne zespoły rocksteady. Co o nich sądzisz? Dobrze by je odebrano w latach sześćdziesiątych?

KR: Muzyka zmieniła się od czasów, kiedy zaczynaliśmy. Wielu ludzi, którym podobało się jak graliśmy wtedy, może nie podobać się współczesna muzyka. To jak z każdym pokoleniem – w młodości słuchasz czegoś i myślisz, że to jest najlepsze na świecie, ale przychodzi następne pokolenie i słucha czegoś nowego, a ty mówisz „co to w ogóle jest?”. Musisz mieć dobre ucho, żeby docenić to, co jest dobre. Oczywiście część muzycznego świata można śmiało pominąć. Ale są też dobre, utalentowane grupy. Jak w każdej dziedzinie, jedni są dobrzy, inni nie – ty wybierasz czego słuchasz.

MM: Tex, a ty co sądzisz o współczesnych zespołach rocksteady?

TD: Lubię niektóre z nich, ale czasem brak im autentyczności. Nie każdy może uchwycić w muzyce to, co my mieliśmy wtedy. Musisz być kimś wyjątkowym jak Roberto, a nie każdy taki jest. Technicznie brzmią dobrze, ale czegoś im jednak brakuje. Ale my doceniamy różne rodzaje muzyki. Jest tu miejsce dla każdego.

 

tłumaczenie: RudeBoy Janek
zdjęcie: Rudemaker i Keith & Tex, 22.06.2018, fot. Dr. Ring Ding

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *