Recenzja

Powrót Long Beach Dub Allstars

Po prawie 20 latach Long Beach Dub Allstars wrócili z nowym materiałem. Tzw. self titled album często oznacza nowe otwarcie, nieraz wyraźną zmianę brzmienia. Jak jest w przypadku kalifornijskiej legendy znanej ze skutecznego łączenia reggae, punk rocka, ska, dubu, hip-hopu i w zasadzie wszystkiego, co się nawinie?

Kontynuuj czytanie ▾
Long Beach Dub Allstars - self titled - okładka

Myślę że na starcie należy się kilka słów wyjaśnienia. Long Beach Dub Allstars z całą pewnością mają jak najbardziej uzasadniony status totalnej gwiazdy. Zespół powstał w latach 90. niejako na gruzach kultowego Sublime, po śmierci wokalisty tej grupy, Bradleya Nowella i na stałe odcisnął się w muzycznym krajobrazie zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Dwa krążki, które zdołał nagrać przed rozpadem w 2002 roku – Right Back i Wonders of the World – dziś osiągają zawrotne ceny w drugim obiegu. Czy jednak popularność kapeli jest fenomenem lokalnym (w przypadku USA w zasadzie bardziej adekwatnym terminem byłoby kontynentalnym), czy też zasięg ich sławy był faktycznie ogólnoświatowy? Nie potrafię chyba dobrze tego ocenić z perspektywy gościa z Polski, który dowiedział się o istnieniu LBDAS dopiero w ostatnich latach. Wydaje mi się jednak, że w Europie poczucie kultowości tego zespołu jest dużo mniejsze niż za oceanem. Na pewno mnóstwo ludzi kojarzy muzykę z intra serialu „Joey”, ale czy wiedzą, że to „Sunny Hours” w wykonaniu chłopaków z Long Beach?

Jak wspomniałem, dla mnie to raczej względnie świeże odkrycie, więc do nowego albumu podszedłem zupełnie na czysto i bez żadnych oczekiwań. Praktyka pokazuje, że tak jest często najlepiej. Tu zrobię mały spoiler. Już po przesłuchaniu najnowszego dzieła LBDAS sprawdziłem sobie ich starsze dokonania. Dla mnie są dość dziwne. Nie złe, w zasadzie wszystko brzmi bardzo fajnie, mam jednak poczucie, że jest tam jakiś ekstremalny bałagan, brak jakiegokolwiek spójnego pomysłu, a zespół nie może się zdecydować, co chciałby grać. Ska-punk, hip-hop, reggae, no wszystko na raz. Podejrzewam, że to właśnie ten eklektyzm miał być myślą przewodnią i być może nawet w jakiejś mierze stanowił o scenicznej sile kapeli. Ja doceniam to raczej średnio. To najwyraźniej nie dla mnie. Moje zdziwienie było tym większe, że tegoroczny krążek… podoba mi się bardzo!

Czas zmienia wszystko, muzyków najwyraźniej też. Nowy album jest uporządkowany, przemyślany i konsekwentny. Wszystkie te gładkie, przyjemne piosenki układają się w stabilną konstrukcję, ze szczytu której Long Beach Dub Allstars głosem Opiego Ortiza przemawiają do świata prosto z serca. Ta szczerość nie do podrobienia ma niebagatelne znaczenie dla odbioru całego nagrania.

Long Beach Dub Allstars
fot.: materiały promocyjne

Na tę spójność krążka wpływ ma na pewno jeszcze jeden kluczowy czynnik – skład. A ten jest nieco inny niż kiedyś. Fundamentem jest perkusista Marshall Goodman aka Ras MG z oryginalnego składu z lat 90. Jak wnioskuję z niedawnego odcinka Reggae Podclash w RootfireTV, nie bez powodu nazywany jest przez kolegów feldmarszałkiem. W olbrzymiej mierze to właśnie on jest odpowiedzialny za obecny kształt tego projektu. Niech dodatkową rekomendacją dla jego zdolności społeczno-menadżerskich będzie fakt, że piastuje obecnie urząd burmistrza kalifornijskiego La Palma. Drugim zawodnikiem, którego kariera sięga jeszcze okresu Sublime jest gitarzysta Michael Happoldt. Wspomniany wcześniej Opie Ortiz (to również artysta z dziedziny tatuażu i graffiti), Jack Maness (gitara, klawisze), Tim Wu (saksofon, flet) i Edwin Kampwirth (bas) przewijali się wcześniej przed skład LBDAS dość regularnie, a od reaktywacji w 2012 grają tu już na stałe. Za to świeżą krwią, która świetnie wpisuje się w hasło allstars, są Devin Morrison (gitarzysta The Expanders, The Lions, a okazjonalnie równie Hepcata), Matthew McEwan (gitarzysta Tomorrows Bad Seeds) i Roger Rivas najlepiej znany naszym czytelnikom z roli klawiszowca The Aggrolites.

Long Beach Dub Allstars – self titled

Doświadczenie, autentyczność, zmiany w składzie – próżno dociekać, co jest tu decydujące. Efekt jest taki, że już otwierające krążek „Tell Me” z siłą lipcowego słońca wypala się w mózgu słuchacza na stałe i sprawia, że ten za każdym razem śpiewa refren razem z Opiem. Melodyjne wakacyjne reggae – tak bym to chyba nazwał, zaznaczając że nie ma tu cienia tandety charakterystycznej dla tego typu repertuaru. Owszem, jest popowo i cały ten album spokojnie nada się do mainstreamowego radia. Są jednak sytuacje, kiedy takie stwierdzenie to komplement i jest to jedna z nich. Powiedzmy sobie jasno – słuchając tych piosenek, przenosisz się do upalnego Long Beach z wszystkimi jego zaletami, wadami, codziennymi problemami i radościami. Odbywa się to zupełnie naturalnie i po kilku numerach masz wrażenie, jakby te wszystkie teksty były bezpośrednio związane z Twoim życiem. Czujcie się ostrzeżeni.

Utrzymana w podobnym klimacie piosenka „Owen Brothers” przechodzi w ton bardziej nostalgiczny. To wspomnienie zmarłych kilka lat temu muzyków Ikey’a i Aarona Owensów, będących podporami lokalnej sceny i mających swój niemały wkład również w działalność LBDAS. Ze swoim jakże oryginalnym, acz chwytającym za serce refrenem „I love you, I love, I love you, I do” totalnie do mnie przemawia. Z wiekiem ewidentnie wzruszam się łatwiej niż kiedyś. Uderzające jest, jak doskonale pracuje tu sekcja rytmiczna kapeli. Oczywiście jako nie-muzyk, tylko regularny fanboy, za cholerę się na tym nie znam, ale wszystko jest tak pięknie dopracowane, że po prostu nie sposób nie zakochać się w tych numerach. Doskonałe kompozycje i nawet lepsze wykonanie.

Poważniej robi się w „Youth”. Młodzież, broń, przemoc, brak perspektyw i wyrastająca z tego wszystkie muzyka getta. W perspektywie przetaczającej się właśnie przez Stany Zjednoczone fali przemocy, piosenka jest aktualniejsza, a wręcz nabiera dodatkowego znaczenia. Do tego to świetny numer z rewelacyjnie zawodzącym w tle saksofonem, pasującym do tych przygnębiających obrazków.

„Easy”, z gościnnym wokalem nawijającego Tippa Lee, nieco bardziej senne, balladowe „All Gone Crazy” i rootsowe „Higher Rank” prowadzą do  zaskakującego „Breakfast Toast”. Muzycznie to lata 90. na pełnej, a tekst jest kronikarskim zapisem epickiej imprezy, ostatecznie rozgonionej przez policję. To jedyne ska na tym albumie, ale za to wpadające w ucho i z dawką energii, którą spokojnie można by podzielić na kilka dobrych piosenek.

Dalej znów wjeżdża nastrojowe reggae, które jest dominującym składnikiem dzisiejszego brzmienia zespołu. Najpierw w świetnym „Dream” Opie wspomina swoją zmarłą mamę. To jedna z tych piosenek, które choć są głęboko osobiste, pozwalają słuchaczowi wczuć się w emocje i sięgnąć po schowane pokłady empatii. W tle co chwilę przewijają się dźwięki momentalnie przywołujące na myśl „99” Hollie Cook. Następne „Roof and Floor” to obraz skomplikowanych relacji i nierozerwalnie związanych z nimi kłótni. Numer utrzymany wciąż w reggae’owej stylistyce wyróżnia się dość zaskakującymi refrenami i bardzo fajną solówką klawiszową pod koniec. Album zamyka „Make a Name”, któremu najbliżej chyba do wspomnianego na samym początku tekstu „Sunny Hours” z 2001 roku. To bardzo dobra muzyczna puenta całego nagrania. Nieźle pokazuje, jak wiele musiało się zmienić, żeby nie zmieniło się nic. Z jednej strony to cały czas stare Long Beach Dub Allstars, które na przełomie wieków zapełniało kalifornijskie parkiety, z drugiej – brzmienie, które dziś mają do zaproponowania jest o kilka klas lepsze na tylu różnych poziomach, że nawet nie wiedziałbym od czego zacząć.

Ten album zdecydowanie nie jest dla wszystkich. Pierwszy raz włączyłem go po długiej sesji z krążkiem Mango Wood, którego skinhead reggae’owe brzmienie jest mi zdecydowanie bliższe. Uczciwie muszę przyznać, że nie była to łatwa przesiadka i granie LBDAS wydało mi się w pierwszej chwili nieznośnie popowe i zbyt wygładzone. Domyślam się, że dla wielu naszych czytelników może to być przepaść nie do przeskoczenia. Ta płyta ma w sobie jednak pewien uzależniający pierwiastek, który sprawia, że po każdym kolejnym odsłuchu wydaje się coraz lepsza. W moim przypadku skończyło się to prawie na uwielbieniu, a Magda, podśpiewując wszystkie refreny, błaga jednocześnie, żebym po trzech dniach włączył już coś innego. Gorąco namawiam, żebyście spróbowali przekonać się do nowych Long Beach Dub Allstars i wczuli się w tę nieco popową, melodyjną, wpadającą w ucho, a z europejskiej perspektywy na pewno mocno wakacyjną wersję reggae.

Płyta dostępna jest w formie cyfrowej, na CD i czerwonym lub żółtym limitowanym winylu. Wydana została nakładem Regime Seventy-Two, a RudeMaker w mojej osobie przyznaje jej zasłużony znak jakości.

 

Dyskusja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *