Recenzje

Ryan Scroggins and the Trenchtown Texans

Jakiś czas temu (dokładniej mówiąc na początku 2007 roku), za sprawą jednego z wątków na forum, przemknęła mi przez komputer strona myspace amerykańskiego zespołu Ryan Scroggins and the Trenchtown Texans. Jeżeli dobrze pamiętam oferowała wówczas standardowy w tym serwisie repertuar kilku bardzo przyjemnie brzmiących piosenek (szczególnie jak na zupełnie nieznaną kapelę). Jak się okazuje, niewiele później, bo latem 2007 zespół wydał debiutancką i jak dotąd jedyną płytę, która od kilku dni nie daje mi spokoju. Ska i reggae w takim wydaniu to prawdziwy rarytas. Nie co dzień przecież zdarza się, żeby muzycy poruszający się w tych gatunkach muzycznych tak ochoczo sięgali po stylistykę country czy południowoamerykański folk. Kto więc jest odpowiedzialny za tak nieoczekiwany mariaż stylów?

Kontynuuj czytanie ▾

Trzonem zespołu są ‚tytułowy’ Ryan Scroggins i Patrick „Beans” Wheeler, odpowiednio klawiszowiec i perkusista również pochodzącego z Houston zespołu Los Skarnales. Trzeba zaznaczyć, że obecna twórczość obu panów ma bardzo niewiele wspólnego z wcześniejszymi dokonaniami obfitującymi w schematycznie brzmiące instrumenty dęte i raczej toporne, chóralne śpiewy w języku hiszpańskim. Widocznie zresztą wspomniani muzycy nie czuli się najlepiej w takim repertuarze, czego efektem stał się nowy zespół, który uzupełnili gitarzysta Jeremy Pena, Thomas Dowda na basie i Nathan Smith na saxie. Skład, można powiedzieć, skromny, jednak historia wielokrotnie już udowodniła, że jakość nie koniecznie wynika z ilości. Jeżeli ktoś miał wcześniej do czynienia z Los Skarnales, śmiało może zapomnieć o tej nazwie wkładając do odtwarzacza pozbawiony tytułu krążek podpisany Ryan Scroggins and the Trenchtown Texans. Jakość ma nowe imię, a już z całą pewnością nowy styl.

To styl surowy, prosty, a jednocześnie niezwykle świeży. Saksofon momentami brzmi wręcz zupełnie płasko, jednak w połączeniu z sekcją rytmiczną i wszechobecnymi organami daje efekt, jakiego chyba nie spodziewali się nawet sami autorzy wydając płytę z pominięciem wielotygodniowego procesu dopieszczania materiału. Zachowując dużą rozmaitość tempa i gatunków, od bujającego reggae, przez rocksteady, po szybkie ska, nie stroniąc od naleciałości folku czy country, album zachowuje jednolitą strukturę i stanowi niewiarygodnie spójną całość. Od początku do końca pozwala doskonale wczuć się w klimat gorącego południa, upalnych bagien Luizjany, ciemnych uliczek Nowego Orleanu. Nie wiem czy właśnie takie były założenia artystów z texańskiego trenchtown, jednak dla mnie te nieco westernowe skojarzenia wydają się zupełnie oczywiste.

Już pierwszy na płycie „Amplexus” jest doskonałym zwiastunem wspomnianego rozwoju sytuacji. Ponad 5 minut leniwego, instrumentalnego grania, obfitującego w solówki, z towarzyszącym rechotaniem żab w tle pozwala naprawdę dobrze nastroić się do dalszej części nagrań. „Sing n’ Song”, „Money” i „Sweat Pea” pokazują, że i wokal stoi na zupełnie przyzwoitym poziomie. Duża część kompozycji na krążku jest bardzo chwytliwa i gwarantuje, że nie prędko zapomnimy te melodie. Kwintesencją tego prostego, choć jakże skutecznego stylu jest „Mama”, gdzie wręcz ciężko oprzeć się nuceniu nieco banalnego tekstu pod nosem.

Dla fanów wolniejszego grania jest i bujające reggae w „What You mean”, czy „Hellbender”, czyli w zasadzie jeden wielki popis talentu Raya Scrogginsa do gry na klawiszach, będących jednym z podstawowych atutów zespołu. Jako swego rodzaju ciekawostkę można potraktować „Into the Light”, którego brzmienie można określić mianem konkretnego country, w dużej mierze dzięki gościnnym skrzypcom i wokalowi Hilary Sloan. Nie mniejszym zaskoczeniem jest country-bluesowy „The Alligator”, budzący u mnie bardzo filmowe skojarzenia z „Down by Law” Jima Jarmuscha.

Takie niecodziennie wtręty sprawiają, że płyta zapada głęboko w pamięć i długo nie pozwala jamajsko-teksańskiemu dynamitowi na opuszczenie odtwarzacza. Po dobrych kilku dniach doświadczeń z tym wybuchowym materiałem pokuszę się o twierdzenie, że jest on wręcz mocno uzależniający. Jeżeli więc nie boisz się odważnych kowbojskich eksperymentów na jamajskich dźwiękach, zdecydowanie jest to propozycja skierowana właśnie do Ciebie.

Dyskusja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *