Wywiady

The Aggrolites: Znów jesteśmy w grze

Tej rozmowy nikt nie planował. Ja na pewno nie, a chłopaki z The Aggrolites też raczej się jej nie spodziewali. Czasem jednak los lepiej wie, czego trzeba czytelnikom RudeMakera. Po koncercie tuzów dirty reggae w Cottbus w listopadzie 2019 roku zdecydował, że muszą poczytać o płycie "Reggae Now!", marynowaniu płyt i najlepszym skinhead reggae na świecie.

Kontynuuj czytanie ▾
Roger Rivas and Jesse Wagner of The Aggrolites during an interview

Z tym wyjazdem wszystko szło nie tak. Najpierw z wycieczki wykruszały się kolejne osoby, aż zostaliśmy tylko we dwoje z redaktorem Budzikiem. Przez to za późno zabraliśmy się za szukanie noclegu w Cottbus (lub bardziej swojsko brzmiącym Chociebużu) i została nam jakaś miejscówka daleko od koncertu, a powrót następnego dnia mieliśmy wcześnie rano. Po drodze okazało się, że w tej części Niemiec trwają właśnie protesty pod elektrownią węglową i pociągi kończą bieg w dziwnych miejscach, a komunikacja zastępcza działa w nieznany dla nas sposób. Na dworcach wcale nie jest łatwo uzyskać jakieś informacje po angielsku i trzeba zagrać z pracownikami w kalambury posiłkując się garstką niemieckich słówek. Na koniec, po kilku godzinach podróży, z różnych przyczyn straciliśmy butelki z płynem rozluźniającym. Tylko dobry koncert mógł uratować ten męczący dzień.

A musiał być dobry, bo ostatni raz widzieliśmy The Aggrolites na This Is Ska w 2013 roku. Wszystko wskazuje na to, że przez następne 6 lat nie pojawiali się po naszej stronie Atlantyku. Zdarzało nam się spotkać Jessego śpiewającego z innymi projektami na europejskich festiwalach, ale na funky reggae przyszło nam poczekać do jesieni 2019. W międzyczasie kariera chłopaków trochę przystopowała. Grywali tu i ówdzie w ojczyźnie, ale chyba też niezbyt często, a plotki dotyczące nowej płyty nie pozwalały sądzić, że szybko się ukaże. Sami rozumiecie, byliśmy wygłodniali. Całe szczęście, kiedy ukazał się singiel „Pound For Pound”, wiedzieliśmy, że szanse na to, że nowy krążek Aggro będzie świetny, są bardzo duże. I mieliśmy rację!

Marzyłam, żeby usłyszeć te piosenki na żywo. To miał być koncert dorównujący temu w Warszawie z 2008 roku (a jest on w ścisłej czołówce najlepszych w moim życiu!). Niestety, okazało się, że wszystko było super, chłopaki w doskonałej formie, ale nowych piosenek jak na lekarstwo. Jesse i Roger starali się to wyjaśnić w naszej rozmowie, ale niedosyt pozostał.

Właśnie, rozmowa. Ta, której nie planowałam, bo wyjazd do Cottbus miał być prywatną okazją do spotkania znajomych z różnych krajów i nieskrępowanej zabawy. Wywiad chciałam nagrać przy innej okazji, bo spodziewałam się, że latem 2020 The Aggrolites zagrają na jakimś europejskim festiwalu (o jak bardzo się wtedy pomyliłam!). Zabawa tak się wymknęła spod kontroli, że okazało się, że chłopaki chcieliby o różnych sprawach pogadać. Wyszła z tego całkiem sympatyczna, luźna rozmowa, której możecie posłuchać poniżej. A dla tych, którzy wolą słowo pisane, jak zwykle przygotowaliśmy wersję tekstową.

 

Magdalena Miszewska: Bardzo cieszyłam się na dzisiejszy wieczór. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak czekałam na możliwość usłyszenia na żywo piosenek z najnowszej płyty jakiejś kapeli. „Reggae Now!” to rewelacyjny krążek i powrót w świetnym stylu. A Wy jak to widzicie?

Jesse Wagner: Mieliśmy małą przerwę, ale po kilku latach zebraliśmy się i nagraliśmy nową płytę. Jestem z tego bardzo dumny. A nagranie zrealizował ten człowiek tutaj, Roger.

Roger Rivas: Ten album jest dla nas wyjątkowy, bo świadomie zdecydowaliśmy się napisać piosenki, które spodobają się fanom wczesnej twórczości The Aggrolites. Postawiliśmy to na pierwszym planie. Praca nad pierwszymi dwoma krążkami była łatwa. Chodziłem do Jessego, piliśmy piwo, a że uwielbiamy skinhead reggae i rocksteady, wszystko przychodziło nam naturalnie. Następne płyty odzwierciedlały kolejne etapy naszego życia. Tym razem postanowiliśmy wróćmy do czasów, kiedy byliśmy młodzi. Podczas tej trasy usłyszeliśmy sporo komplementów na temat „Reggae Now!”. To dla nas bardzo ważne, bo dzięki temu wiemy, że robimy coś dobrze. Wiemy, że nagraliśmy płytę, którą lubią pierwsi fani The Aggrolites.

MM: To zabawne, że tak mówisz, bo nie zagraliście dziś zbyt wielu utworów z nowego albumu. Chyba tylko dwa czy trzy, a spodziewałam się wiele więcej. Czy aby na pewno te nowe piosenki są tak dobre, jak o nich śpiewacie?

JW: Tak, jestem pewien, że takie są.

RR: Nasza setlista nie ma nic wspólnego z tym, czy uważamy, że te piosenki są dobre, czy nie. Na każdej płycie jest od trzech do pięciu piosenek, które ludzie bardzo lubią, a na zagranie seta mamy określoną ilość czasu. Gdyby to zależało od nas, zagralibyśmy zdecydowaną większość nowej płyty.

MM: Ale to zależy od was.

RR: Powiem tak: w Los Angeles używamy słowa marynować. Oznacza to, że gdy szykujesz grilla, wrzucasz kawałek mięsa do sosu z przyprawami i zostawiasz tam na długo przed grillowaniem. A my chcemy dobrze zamarynować nasz najnowszy album.

JW: Super, że oboje lubicie ten krążek i chcieliście usłyszeć więcej nowych piosenek. Ale z każdą płytą, którą wydajemy, robimy tak, jak powiedział Roger – pozwalamy jej chwilę poleżeć, pomarynować się, a potem ją gramy. W ten sposób badamy grunt. Na koncercie mamy tylko godzinę, więc musimy grać stare piosenki, żeby zadowolić publiczność. Ale to dla nas ważne, że podobała ci się nowa płyta, więc następnym razem, gdy przyjedziemy do Europy i, miejmy nadzieję, też do Polski, to zagramy z niej więcej piosenek.

RR: To wiele dla nas znaczy, ponieważ pokazuje nam, kim są nasi prawdziwi fani – ci, którzy są na bieżąco z tym, co robimy. Ale tutaj są też ludzie, którzy pierwszy raz przyszli na koncert The Aggrolites i chcą posłuchać takich piosenek jak „Love Isn’t Love”. To nasze dziedzictwo. I tak, jak powiedział Jesse, następnym razem, gdy się tu pojawimy, zaczniemy dodawać więcej piosenek z „Reggae Now!”. Dobrze jest mieć takie problemy, jak decydowanie, które piosenki dziś zagramy i czy wyrzucamy z setlisty na przykład „Funky Fire”.

JW: A co chciałaś usłyszeć?

MM: Na pewno „Jackpot”, a przecież zagraliście dzisiaj kilka utworów instrumentalnych.

JW: Obiecujemy, że następnym razem, gdy przyjedziemy do Europy, zagramy „Jackpot”.

MM: Skoro już o nim mówimy, to warto podkreślić, że w nagrywanie tego utworu zaangażowany był ojciec Rogera.

RR: Tak, to całkiem fajna historia. To Jesse napisał „Jackpot”. Z piosenkami The Aggrolites jest tak, że albo Jesse wpadnie na jakiś pomysł, albo ja i reszta dzieje się sama. Stąd bierze się nasze oryginalne brzmienie, tak powstawały pierwsze płyty. W „Jackpot” Jesse chciał osiągnąć taki groove jak w utworach Average White Band. Zależało mu na takich klawiszowych smaczkach. Ja mogę zagrać tylko tak jak umiem, mam ograniczone możliwości. Ale mój ojciec jest świetnym klawiszowcem. Grywał z kapelami, które szanujemy, jak Tower Power czy funkowy zespół War. Jeśli któryś z czytelników nie będzie ich znał, niech koniecznie posłucha, to soulowe dziedzictwo Los Angeles. Kiedy Jesse wpadł na pomysł „Jackpot”, wiedziałem, że nie będę w stanie zagrać tego, o co mu chodzi i zaproponowałem mojego tatę. On należy do starszego pokolenia, przeżył ten boom Chicano soulu w latach 70. W tym wszystkim najśmieszniejsze jest to, że mój tata jest, no wiesz, moim tatą. Ja nie sądzę, że on jest fajny, on nie myśli, że ja jestem fajny, jak to w rodzinie. „Reggae Now!” w całości nagraliśmy w moim studio. Pamiętam ten dzień, kiedy akurat nie było chłopaków, i zapytałem tatę, czy mógłby się nagrać. Powiedział: „Jasne, jasne. Daj mi znać, kiedy mam to zrobić”. Kiedy go zawołałem, tak po prostu wszedł do studia. Nie zapytał mnie o tonację, ani o nic. Powiedział: „Puść to” i zagrał. I to wszystko.

JW: Za jednym podejściem.

RR: On po prostu siada i gra, bo jest magikiem, naprawdę dobrym muzykiem. Moja babcia kazała mu brać lekcje gry. Ja nigdy takich nie miałem, ale z tego akurat się cieszę. Krótko mówiąc, to sprawa rodzinna. Nie chodzi tylko o mojego ojca. Jego ojciec [wskazuje na Jessego] jest niesamowitym gitarzystą. Jego tata jest powodem, dla którego Jesse słucha takiej, a nie innej muzyki, a mój tata jest powodem, dla którego ja słucham muzyki, której słucham.

JW: To był wielki zaszczyt, że tata Rogera z nami grał. To niesamowity facet.

RR: Wiesz, co jest zabawne? Po usłyszeniu „Jackpot” wiele osób mówiło mi: „To nie ty!” [śmiech]. Solówki mojego taty są zupełnie inne niż moje solówki. Kiedy mówią mi: „Ej, to nie brzmi jak twoje granie”, to jest komplement.

JW: Super, że przeczytałaś to, co jest napisane na wkładce. Dobrze, że zwracasz uwagę na takie rzeczy.

MM: Do tego przecież służą. Ale, panie Roger, niech pan nie będzie taki skromny. Parę niesamowitych nagrań wyszło spod pana ręki i z pańskiego studia nagraniowego. Nie nudziłeś się, kiedy The Aggrolites mieli przerwę.

RR: Mamy szczęście, bo wiele zespołów rozpada się po nagłym wybuchu popularności. Nam zdarzają się przerwy, tak jak mówiłaś. Ale mimo że Jesse świetnie sobie radzi w swoich pobocznych projektach, a ja w swoich, wciąż robimy muzykę jako The Aggrolites, bardziej intymną niż kiedykolwiek. Te pozostałe projekty są dla nas wyzwalające. Myślę, że gdyby nie Roger Rivas And The Brothers Of Reggae i Reggae Workers Of The World, nie powstałby nasz nowy album albo byłby zupełnie inny. Każdy z nas robi swoje gdzieś na boku, a potem wraca. „Reggae Now!” powstało, bo chcieliśmy nagrać płytę The Aggrolites. Myślę, że nie każdy zespół dałby radę w ten sposób funkcjonować.

MM: Do albumu The Aggrolites jeszcze wrócimy. Porozmawiajmy jeszcze trochę o Rivas Recordings i o twojej współpracy z innymi zespołami.

RR: Wytwórnia to taki mój sklep firmowy dla muzyki, którą tworzę w moim skromnym studio. Najbardziej lubię w nim to, że wiem, jak poustawiać wszystkie sprzęty. Istnieje wiele studiów nagraniowych, za które ludzie płacą ciężkie pieniądze, a na miejscu obsługa tylko rozstawia mikrofony i wciska przycisk nagrywania, nie dbając o ostateczny rezultat. A trzeba o nim myśleć od pierwszego dnia pracy, bo jest wiele elementów, które o nim decydują – rozmieszczenie mikrofonów, wykorzystanie korektora dźwięku i tak dalej. Kiedy w studio jest ktoś, kto cię poprowadzi, kto rozumie, jaki ma być efekt końcowy, a w moim przypadku to skinhead reggae i rocksteady, to nagranie będzie lepsze.

MM: Niełatwo znaleźć takie studio..

RR: Oj, nie. Ja mam swoje miejsce. Nasz gitarzysta, który grał dziś wieczorem, Chris Brennan, też ma niesamowite studio w Los Angeles. Jesteśmy jednymi z tych, którzy żyją oryginalną muzyką reggae. To słychać na nagraniach. W swojej wytwórni po prostu wydaję tę muzykę. Dowiedziałem się przy okazji, że wydawanie winyli nie jest takie trudne. Ale jedynym powodem, dla którego to się udaje, jest to, że ludziom podoba się to, co robię. Jeśli wydałbym pierwszy, drugi krążek i nikt by ich nie kupował, to na tym bym skończył. To wspaniałe, kiedy okazuje się, że ta muzyka przyciąga słuchaczy i jest na nią zapotrzebowanie. Lubię to robić i nie zamierzam rezygnować.

MM: W czasie gdy The Aggrolites mieli przerwę, na scenie pojawili się The Steady 45’s i stawali się coraz lepsi i bardziej znani. Czuliście ich oddech na plecach? Mieliście poczucie, że mają szansę przebić Was popularnością w Stanach?

RR: W Los Angeles jest konkurencja między zespołami, ale to przyjazna rywalizacja. Są zespoły takie jak The Steady 45’s czy The Delirians, które nagrywają w moim studio i podziwiają The Aggrolites. Ale kiedy my nagrywaliśmy z The Aggrolites, zachwycaliśmy się takimi zespołami jak Hepcat, The Donkey Show i Let’s Go Bowling. Następują po sobie kolejne ery, wymieniają się pokolenia. To piękna sprawa i powiem ci, dlaczego. Kiedy zaczęliśmy grać, chłopaki z Hepcat reagowali: „Coooo? Co to jest, do cholery?”. A kiedy my słuchaliśmy The Steady 45’s i The Delirians, też byliśmy pod wrażeniem. Cieszymy się, że mamy komu przekazać pałeczkę. Grono osób, które kochają oryginalną jamajską muzykę jest tak małe, że musimy się wspierać. Tak to działa w Los Angeles.

MM: [uśmiecha się] Jesteście bandą nerdów.

RR: Tak, tak, tak!

JW: Nerdy reggae!

RR: Dlatego Steady 45’s i Delirians nagrywają w moim studio. Nie siedzę tam, żeby zarabiać pieniądze. Każdy z nas jest podekscytowany, kiedy może grać i nagrywać piosenki w klimacie.

MM: [uśmiecha się] Czy chłopaki z The Steady 45’s mówią ci, jak ustawić mikrofony?

RR: Nie, ja za to odpowiadam. Świetne jest to, że oni mi ufają, bo to jest taka relacja jak ze starszym bratem. Ja będę starszym bratem dla nich, tak jak Greg Lee, Alex Désert i Deston Berry z Hepcat są starszymi braćmi dla nas. Tak samo The Steady 45’s będą starszymi braćmi dla jakiejś młodej ekipy, która pojawi się pewnego dnia, kiedy my będziemy już starzy… Ale jeszcze się nie zestarzeliśmy, wciąż jesteśmy młodzi. W każdym razie, tak to się będzie kręcić.

JW: Cóż, mi zostało jakieś sześć miesięcy [kaszle jak gruźlik].

MM: O nie! Przestań! Musisz przecież jeszcze nagrać album Jesse & The Badasonics.

RR: Zapytaj go o to, to piękna sprawa.

MM: Rozmawialiśmy o nim, w zeszłym roku na festiwalu Freedom Sounds.

JW: To się wydarzy.

MM: Wróćmy do The Aggrolites. Wasze albumy są zawsze bardzo długie. To sprawia wrażenie, że macie wiele pomysłów na piosenki i chcecie wszystkie wrzucić na jeden krążek, bez selekcji.

JW: Od zawsze czas, kiedy wspólnie zajmujemy się muzyką, jest dla nas bardzo ważny. Dlatego nagrywaliśmy wszystko, co tylko się dało i chcieliśmy jak najwięcej z tego wydać. Czujemy się zaszczyceni tym, że prawie 18 lat później nadal działamy w tym biznesie i jesteśmy za to wdzięczni. Przez te wszystkie lata zawsze staraliśmy się zrealizować wszystkie pomysły. Tworzenie muzyki to nasza pasja.

MM: Ale czy byliście przekonani, że wszystkie pomysły, które trafiały na wasze albumy, były zawsze dopracowane i gotowe do nagrania?

JW: Szczerze mówiąc, tak.

RR: Wierzymy, że to właściwy sposób działania. Jeśli zadałabyś to samo pytanie muzykom The Skatalites, to oczywiście odpowiedzą, że nie, bo w tamtych czasach nagrywanie to było pieprzone boo-boo-boo-boo- boo-boo-boom – 6 piosenek dziennie! Coxsone Dodd – boom, boom, boom – 6 piosenek dziennie! Duke Reid – 6 piosenek dziennie, bam, bam, bam! Jest coś magicznego w takim uchwyceniu chwili. Hot Stop, pierwszy utwór z naszego debiutu, nagrywaliśmy nad ranem. Resztę piosenek z „Dirty Reggae” nagraliśmy w ciągu dnia, potem spaliśmy, piliśmy aż w końcu o 3:00 powiedziałem: „Chłopaki, idziemy do studia”.  I nagraliśmy to – bragadaddo-braga-boom-poom [imituje intro piosenki].

JW: To było niezwykłe. Wiesz, większość ludzi myśli o nagraniu przebojowej płyty, na której powinno być 11 czy 10 piosenek albo jeszcze mniej. Ale my zawsze chcieliśmy wyrzucić z siebie wszystko, pokazać to światu i zostawić za sobą.

MM: Wydaje mi się, że płyta „Reggae Now!” jest bardziej spójna i przemyślana niż poprzednie.

JW: Nie sądzę. Jak mówił Roger, po prostu zebraliśmy się i napisaliśmy płytę. Wróciliśmy do klimatu „Dirty Reggae” i tego typu grania.

RR: Musisz zrozumieć, że kiedy pisaliśmy „Dirty Reggae”, nikt nie miał wobec tego krążka żadnych oczekiwań. To była czysta zabawa. Zrobiliśmy to i wyszło super, spodobało się ludziom. Przy drugim albumie sytuacja była bardzo podobna. Z tym że zyskał on duże uznanie, które dodatkowo zbiegło się z naszą współpracą z Timem Armstrongiem przy jego płycie „A Poet’s Life”. Wtedy pomyśleliśmy: „Wow, ok, ale jak zrobić trzeci album?”. Praca nad „Reggae Hit L.A.” nadal była zabawą, ale poszliśmy w stronę bardziej eksperymentalną, w stylu Lee Perrego. Piosenki, które napisaliśmy na płytę „IV” są odzwierciedleniem tego, jacy wtedy byliśmy. Potem nagraliśmy „Rugged Road”, ale to nie był typowy album, tylko zbiór siódemek. Wszystkie piosenki nagraliśmy na poczekaniu, dokładnie tak, jak robiło się to na Jamajce. Z kolei do „Reggae Now!” podeszliśmy tak, jak do „Dirty Reggae”.

JW: Nagraliśmy „Reggae Now!” w ile? W jeden dzień.

RR: Punkt wyjścia był taki sam, jak przy pierwszych dwóch krążkach, czyli wpadałem do Jessego z kilkoma piwami i dobrze się bawiliśmy.

JW: Roger przynosił podkłady rytmiczne i linie melodyczne klawiszy. Ja tego słuchałem i dodawałem wokale albo robiliśmy na odwrót. Zdarzały się utwory, do których ja wymyślałem rytm, a Roger dorzucał do tego wypasiony temat na klawiszach. Zawsze w ten sposób pracowaliśmy.

RR: Na „Reggae Now!” świadomie staraliśmy się wskrzesić magię pierwszych dwóch płyt. A jak one powstały? Cóż, Jesse przychodził z browarkiem i mieliśmy imprezę.

MM: I stąd biorą się teksty „Aggro is aggro statistically”…

JW: Tak, to z kawałka „Pound For Pound”. Opowiadamy w nim o tych wszystkich latach naszego grania. Roger i ja jesteśmy oryginalnymi członkami The Aggrolites. Jesteśmy razem od… cholera! Spędziłem z tym facetem więcej czasu niż z kimkolwiek innym w moim życiu.

RR: Nasze dziewczyny bywają zazdrosne, bo tyle ze sobą przebywamy [Jesse się śmieje].

JW: W „Pound For Pound” śpiewam o tym, że minęło 8 lat, odkąd wydaliśmy ostatni album. To jak ogłoszenie: „Wróciliśmy! Znów jesteśmy w grze”. Mówiąc to chcemy okazać szacunek takim postaciom jak Derick Morgan czy Clancy Eccles.

RR: Wszyscy twórcy jamajskiego brzmienia zaczynali swoje kariery, chwaląc się tym: [wszyscy podają przykłady przekrzykując się] I’m the prince, tougher than tough, strong like lion we are iron i tak dalej [Roger śpiewa: Don’t you brag and don’t you boast].

JW: Właśnie w taki sposób chcieliśmy ogłosić: „Hej, jesteśmy The Aggrolites i gramy od zawsze. Minęło 8 lat, odkąd wydaliśmy album i…”. Nie wiem, czy w Polsce znacie takie określenie, ale u nas mówi się: „Nasze gówno nie śmierdzi” (a u nas, że ktoś wyżej sra niż dupę ma – MM). I to chcemy powiedzieć: „Nasze gówno nie śmierdzi. Jesteśmy tutaj. Nigdzie nie byliśmy. Wróciliśmy silniejsi niż kiedykolwiek”.

RR: Na pewnym etapie życia młodemu człowiekowi może się wydawać, że jest najlepszy na świecie. Potem zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że wcale tak nie jest. Z wiekiem człowiek pokornieje. Ale z biegiem czasu dochodzi do punktu, w którym mówi: „Nadal jestem skromny, ale zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi docenia to, co robię”. Przyjmijmy więc, że nasze gówno nie śmierdzi [śmiech]. Można jednocześnie być skromnym i od czasu do czasu się przechwalać.

JW: Będę teraz zarozumiały. Zazwyczaj bardzo się wszystkim przejmuję, ale powiem to szczerze i z pełnym przekonaniem: The Aggrolites jest obecnie najlepszym zespołem skinhead reggae.

MM: Ale są jeszcze Travelers…

Michał Budzik: Najwspanialszy zespół z Meksyku, Travelers All Stars.

[wszyscy obecni przekrzykują się i wychwalają Travelers All Stars]

JW: Ci goście są niesamowici.

RR: Czy mogę być z tobą szczery? Jesse słuchał pieprzonego skinhead reggae od dzieciaka. Ja słucham skinhead reggae od kiedy byłem dzieckiem, serio. Ale kiedy słyszy się co oni wyprawiają… Powiem tak – według mnie najlepszym skinhead reggae’owym zespołem na świecie jest Travelers All Stars. Dopiero co u nich graliśmy i oni TO KUMAJĄ. Przeciętny człowiek, który mówi, że ich lubi, nie wie właściwie, dlaczego ich lubi. My ich lubimy, bo oni wiedzą, co robią. Gitarzysta słucha skinhead reggae. Perkusista, basista, klawiszowiec, wszyscy słuchają skinhead reggae. Znają się na rzeczy. My nie gramy oryginalnego pieprzonego skinhead reggae. Ta muzyka na nas wpłynęła, ale stworzyliśmy dirty reggae – coś innego, nowego.

MM: Uwielbiam ten funkowy klimat The Aggrolites. To wasz wyróżnik.

RR: I o tym mówił Jesse – w tym nikt nam nie dorówna, bo jesteśmy twórcami dirty reggae. Z tym wiąże się wyjątkowy feeling i klimat. Jeśli celem ma być granie w jak najbardziej oldschoolowym, jamajskim stylu, to brzmienie Travelersów jest na szczycie mojej listy. Ale jeśli chodzi o dirty reggae, czuję się komfortowo, mówiąc że jesteśmy najlepszym pieprzonym zespołem skinhead reggae na świecie, który tak gra. Wiem, że to brzmijak szaleństwo, ale wciąż jesteśmy bardzo skromni [śmiech].

MM: Cóż, takie są fakty. Nie ma o czym dyskutować.

RR: To tylko żarty. Ludzi grających skinhead reggae jest tak mało, że musimy wspierać się nawzajem i dokładnie to robimy. Jakoś w zeszłym roku Jesse i ja polecieliśmy do Meksyku zagrać koncert, a Travelers All Stars byli naszym backing bandem. Ci goście są niesamowici, wkładają w tę muzykę całe serce. Mógłbym bez końca gadać o Meksyku i o tym, że zespoły stamtąd grają inaczej niż te ze Stanów czy z Europy. W moim prywatnym rankingu te kapele dostają więcej punktów właśnie za to, skąd są. Ja jestem z pochodzenia Meksykaninem, ale zamerykanizowanym. Nie mówię po hiszpańsku, jestem z Los Angeles. Travelers All Stars mnie zachwycają. Są z Mexico City i grają skinhead reggae lepiej niż ktokolwiek w Europie i ktokolwiek w Stanach. Jestem z tego dumny.

JW: To prawda. Mamy dla nich ogromny szacunek.

MM: W Ameryce Południowej jest świetny klimat dla reggae. Czy w Stanach jest teraz podobnie? Czujecie że zbliżają się lepsze czasy dla jamajszczyzny? W zeszłym roku zagraliście chyba sporo koncertów w kraju, również na festiwalach. A może tylko z naszej perspektywy wygląda to na dobry czas dla ska i reggae w Stanach Zjednoczonych?

JW: To świetny czas dla ska i reggae.

RR: W muzyce są różne mody i ery. Jeśli coś jest fajne, ludzie się tym interesują. I przez długi czas, w latach 90. i w pierwszej dekadzie XXI wieku, ska było fajne. Podobnie było ze skinhead reggae, wszyscy to grali. Teraz w Los Angeles popularny jest lowrider soul. Ale ja mam więcej szacunku dla ludzi, którzy trzymają się tego, co kochają. My tacy jesteśmy i zawsze będziemy grać skinhead reggae. Ludzie w Los Angeles są rozpieszczeni, bo jest tam sporo dobrych koncertów, ale jest też na nie ogromne zapotrzebowanie.

MM: Macie tam fantastyczną społeczność.

RR: Tak, uwielbiam ją. Mamy szczęście, że mieszkamy, gdzie mieszkamy. A kiedy przyjeżdżamy do Europy jest tak, jak dziś: kiedy skończymy ten wywiad, pójdę do baru po drugiej stronie ulicy i usłyszę tam jakieś single, których nigdy wcześniej nie słyszałem. W naszych europejskich trasach najbardziej lubię takie wieczory, kiedy mogę zawracać głowę DJ-owi na afterze i słuchać siódemek, których nie znam, bo w Los Angeles też grywam imprezy. W każdym razie, jesteś rewelacyjną rozmówczynią.

JW: Zna się na rzeczy.

MM: Cóż, znam się na waszych rzeczach.

RR: Jeśli masz jeszcze jakieś pytania..

MM: Tak, mam. Jeśli już będziesz zaczepiać DJ-a, zapytaj go, czy zagra „The Snake” Ala Wilsona.

RR: [naśladując jamajski akcent] Is not no soul night. Sorry, dawta, ain’t no soul night [śmiech]. Czy to żart środowiskowy? Mam nadzieję, że tak. Mam też nadzieję, że nie będą grali soulu. Czy mogę być teraz sobą? Mówię to w imieniu Rogera Rivasa, a nie The Aggrolites. Rozumiem powiązania między soulem i reggae, ale można lubić tylko reggae i nie być northern soulowym gościem, to też jest ok. Kochamy soul, kochamy northern soul, kochamy reggae. Ale teraz – tylko reggae. Reggae now!

Dyskusja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *