Relacje

Umbrella Bed, The Baboonz, Lechuga – 9.10.2008, Praga, Cross Club

Ten koncert od samego początku miał zaskakujący przebieg. Godzina była już późna, w klubie kilka osób sączących piwko, a na scenie jakaś kapela robiąca próbę dźwięku. W pewnym momencie zaczęli grać do pustej sali. Poleciały dwa pełne numery. Potem zeszli ze sceny i udali się na browar. Ale kto to był? Plakat sugerował, że zespoły zagrają w kolejności odwrotnej do tej podanej w tytule relacji. Hm, na Lechuga nie wyglądali.

Kontynuuj czytanie ▾

Czas upływał, członkowie wspomnianej wcześniej grupy uzupełniali płyny i nagle… coś się zaczęło dziać. Ludzi przybywało coraz więcej (no tak, przecież tego samego dnia w innym klubie grał bardzo lubiany w Pradze Fast Food Orchestra), w stałym miejscu zaczęto rozkładać distro. Zespół dokończył degustację i udał się na scenę. No jasne, toż to The Baboonz byli. W Pradze grali po raz kolejny. Wcześniej jakoś mnie do nich nie ciągnęło i nie miałem okazji zobaczyć na żywo. Może odstraszała etykietka ska-punk nadana kapeli. Błąd. Nie wierzcie w opinie innych. Sami sprawdzajcie zespoły jeśli nadarzy się okazja. Niemcy, gdy zaczynali w 1998 roku, może punka grali. W Pradze A.D. 2008 nie było tego słychać. Przedstawili najprawdziwsze, współczesne ska-rocksteady z klimatycznymi klawiszami, tak dla ciekawości obsługiwanymi przez wielkiego fana AC/DC :-). I co najważniejsze, śpiewali po angielsku. Na obecnej trasie promowali swój trzeci album Progress?, więc siłą rzeczy z niego pochodziła większość prezentowanego materiału, choć, jak to na koncertach, nie zabrakło utworów z dwóch poprzednich płyt. Grali na jeden saksofon tenorowy, w kilku utworach wspierani przez członków Umbrella Bed. Alcistę oraz z wyglądu mocno wiekowego trębacza. Panów naprawdę nieco poniosło. Ledwie udawało im się ustać na scenie, a kiedy nie grali, balowali pod nią razem z publiką. Zwłaszcza starszy pan. Prawdziwy szaleniec. Jednym słowem świetny koncert.

Po krótkiej przerwie na niewielkich rozmiarów podium upchnęli się jakoś Amerykanie z Umbrella Bed. Uff, to był skład. Znany już nam trębacz i zarazem wokalista, dwa saksofony, dwa puzony, waltornia (tak właśnie!), dwie gitary, bas, perkusja. Prawdziwa orkiestra. Zespół u nas raczej mało znany, ale warty poznania. Powstali w 1995 roku, mają na koncie już 5 płyt, a grają mieszankę 2 Tone i amerykańskiej trzeciej fali ska, a to wszystko okraszone odrobiną funky. Patrząc na zespół można by w pierwszej chwili pomyśleć, że nadmiar nie koniecznie musi być dobrym rozwiązaniem. Nie w ich przypadku. Każdy instrument grał jak należy i był doskonale słyszalny. No ale większość z muzyków wyglądała na starszych gości. Doświadczenie dobra rzecz. Największe wrażenie robiła, co jasne, waltornistka. Ciekawy to i trudny instrument, ale jak się okazało, zdatny również w ska. Jeszcze jedna pani grała na puzonie. I prawie wszyscy śpiewali. Głównym wokalistą jest co prawda Hellrocket grający także na trąbce, ale jego koledzy i koleżanki wcale mu nie ustępowali w sztuce wydawania dźwięków paszczą. Jak wspomniałem, muzycy do najmłodszych nie należeli, jednak wigoru nie jeden młodziak mógł im pozazdrościć. Chciałbym ich zobaczyć na dużej scenie. W odpowiednich warunkach występy Amerykanów muszą robić jeszcze większe wrażenie.

Kiedy skończyli pomyślałem, że to już finał tego przyjemnego wieczoru. Scena pustoszała ze sprzętu, ludzie udawali się do baru, i ja poszedłem w ich ślady. Stamtąd kontem oka dostrzegłem na monitorze z podglądem na salę, że coś się jednak dzieje. W oczy rzucały się sporych rozmiarów białe konga. Ot niespodzianka. Skreślona już przeze mnie Lechuga miała jednak wystąpić w roli gwiazdy. Zupełnie nieznany zespół młodych ludzi z Marburga, z tylko jedną epką na koncie? Dało się zauważyć, że to była bardzo przyjacielska trasa i widocznie kapele zmieniały kolejność występowania na poszczególnych koncertach. Niemcy deklarują miłość do latino ska. I trzeba przyznać, że bardzo dobrze sprawdzają się w tej konwencji. Nie wiem jakie jest pochodzenie wokalistki Julii Munz, ale głos do takiej muzyki ma jak najbardziej odpowiedni. Śpiewała głównie po hiszpańsku, czasem po angielsku, a towarzyszyli jej dwaj saksofoniści, puzonista, trębacz, gitarzysta, basista, jegomość grający na kongach i innych przeszkadzajkach oraz perkusista. I oczywiście technicznie bez zarzutu. Oni tam rodzą się przyrośnięci do instrumentów czy jak? O dziwo, repertuaru starczyło im na bite dwie godziny. Grali najdłużej ze wszystkich kapel. Widownia szalała poruszana gorącymi rytmami, wśród niej zaś członkowie pozostałych zespołów występujących wcześniej. Nic dziwnego. Klasycy gatunku nie powstydzili by się takiego koncertu. Jednym słowem, udana wycieczka do Pragi.

Dyskusja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *