Recenzja

The Red Stripes – Made In Hong Kong

Red Stripes to 10-osobowa kapela z Hong Kongu, która w marcu wydała swój drugi album. Azjatyckie ska kojarzy mi się przede wszystkim ze ska-jazzem i raczej klasycznym graniem wiernym jamajskim korzeniom lat 60. Tu mamy zaś do czynienia z muzyką subtelnie acz konkretnie zabarwioną typowym brytyjskim 2 Tonem.

Kontynuuj czytanie ▾
The red Stripes - Made In Hong Kong - okładka

The Red Stripes - zdjęcie zespołu
fot.: materiały prasowe

Ten stan rzeczy ma swoje bardzo konkretne przyczyny. Otóż skład zespołu stanowią imigranci z krajów anglojęzycznych. Znajdziemy tu reprezentantów Wielkiej Brytanii, Kanady i Australii. Są wśród nich i tacy, którzy właśnie podczas tzw. drugiej fali ska pierwszy raz zetknęli się z tą muzyką. Te inspiracje dość mocno stanowią o brzmieniu grających już od siedmiu lat Red Stripes, ale nie nastawiajcie się na The Specials czy Selectera. W zasadzie dominują tu raczej tradycyjne brzmienia ska, jest nieco rocksteady, bywa też mocno soulowo, jest nawet nutka dubowa.

The Red Stripes – „Made In Hong Kong”

Zbieram się do tego tekstu równo od trzech miesięcy. Zostałem w tym czasie prawdziwym królem prokrastynacji, jednak równocześnie przesłuchałem ten krążek minimum trzydzieści razy. Z jednej strony po prostu usilnie starałem się zmotywować do napisania recenzji. Z drugiej, miałem naprawdę dużo frajdy przy kolejnych odsłuchach. Są płyty, do których podchodzi się jak do sztuki, a są takie, które są czystą rozrywką. Absolutnie nie ujmując walorów artystycznych uważam, że „Made In Hong Kong” należy do tej drugiej kategorii.

Niezależnie od poważnych nieraz tekstów natury społeczno-politycznej tutaj po prostu słychać, że zespół świetnie się bawił robiąc tę muzykę. Na mój pozytywny odbiór wpływają też skojarzenia, a do dziś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że główny wokalista to nie żaden Fred Croft tylko Bucket z Toastersów. Może to tylko ja, ale podobieństwo wydaje mi się naprawdę uderzające. Mało tego w „Can’t Stand The Heat” pomimo bardzo szybkiego tempa nagle Fred zaczyna brzmieć jak Judge Dread, a ja jakkolwiek coraz mniej rozumiem, co tu się dzieje, jestem z tego wszystkiego bardzo zadowolony.

Jest również damski głos. Sarah Watson spisuje się jako druga wokalistka naprawdę nieźle. Zazwyczaj doskonale uzupełnia Freda, ale czasem ma więcej przestrzeni na wokalne popisy jak w świetnym „Train Wreck” czy w totalnie motownowym i chyba moim ulubionym „Mercy (Show a Little)”. Jest jednak jedna piosenka, w któreś coś poszło bardzo nie tak. Mowa o „When The Darkness Returns”. W tym skądinąd bardzo udanym utworze, który przywodzi na myśl nowsze dokonania Madnessów, ma miejsce dialog między wokalistami. Niestety kluczowe części damskiej partii tego dialogu brzmią tak ekstremalnie płasko, że aż bolą. Dziwi, że przy tak dobrze zrealizowanym albumie nikt nie wychwycił, że coś tu nie gra.

Skoro jesteśmy przy realizacji, warto powiedzieć, że za produkcję odpowiedzialny jest King Zepha – prominentna osobowość sceny brytyjskiej, a nagrania odbyły się na starym analogowym sprzęcie w legendarnych Avon Studios, które w przeszłości gościły między innymi Gorillaz i Blur. Trzeba przyznać, że brzmieniowo album wyszedł naprawdę wyśmienicie. Świetną robotę robi trzyosobowa sekcja dęta (trąbka, puzon i saksofon), której działanie jest wręcz nieocenione zarówno w żwawych numerach jak „Big Boss Man”, „Can’t Stand The Heat” czy „Do The Ska”, ale też tych bardziej nastrojowych – tu zdecydowanie wybija się „Train Wreck”, ale tylko nieznacznie ustępuje mu „55 Minutes Later” . Śmiało można powiedzieć, że połowa impetu tych piosenek leci prosto z rur. Całość uzupełniana jest ładnie słyszalnymi klawiszami, a okazjonalnie marimbą, która dodaje nieco karaibskiego klimatu.

The red Stripes - Made In Hong Kong - tył okładki
fot.: materiały prasowe

Im dłużej się zastanawiam, tym bardziej uważam, że to naprawdę bardzo dobry album. Niby poza charakterystycznym głosem wokalisty nie wybija się jakoś bardzo ponad to, do czego jestem przyzwyczajony, ale właśnie słucham go po raz n-ty z przyjemnością nie mniejszą niż trzy miesiące temu. Nie ma na nim słabych piosenek (poza tą jedną wtopą, o której wspominałem). Każda jest unikalna, rozpoznawalna, a co więcej zapamiętywalna, co przy wielu nagraniach nie jest ani trochę oczywiste. Nawet zamykający „Made In Hong Kong Dub” jest bardzo solidnym finiszem i ślicznie podsumowuje tę niespełna 40-minutową muzyczną podróż. Pozostaje mi gorąco polecić Wam samodzielne zapoznanie się najnowszym dziełem Red Stripes’ów. Album ukazał się nakładem Mod Sound Records i jest dostępny w formie CD, cyfrowej oraz czerwonego winyla. Dodam, że już sama prześliczna okładka uzasadnia wydatek kilku złotych na fizyczny nośnik. Zakupy możecie zrobić na stronie zespołu, bandcampie lub na przykład w Jump Up Records.

Dyskusja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *