Recenzja

Crazy Baldhead powraca z nowym albumem

Jay Nugent a.k.a. Agent Jay a.k.a. Crazy Baldhead to dla większości z nas po prostu gitarzysta The Slackers. Tam zdyscyplinowany, bo przecież trzeba dać solidną rytmiczną podporę pierwszej linii, odreagowuje w solowym projekcie.

Kontynuuj czytanie ▾
Crazy Baldhead – Go Oasis - okładka

I to jak! Ma się wrażenie, że jako Crazy Baldhead traci hamulce i pozwala sobie na dużo odważniejsze eksperymenty.

Jak to możliwe, że muzycy The Slackers, jednego z najintensywniej koncertujących zespołów w branży, znajdują jeszcze czas i energię na inne projekty? Trudno zliczyć solowe albumy Vica Ruggiero, nie wspominając już o tym, że jest jedną trzecią supergrupy Reggae Workers Of The World. Dave Hillyard systematycznie wydaje nową muzykę ze swoim Rocksteady 7 i nigdy nie stronił od zaproszeń na płyty innych wykonawców. Ilość wydawnictw, w których maczali palce członkowie The Slackers, może przytłaczać.

Nie inaczej jest z Jaysonem Nugentem, który, choć na koncertach The Slackers jest zawsze trochę schowany z tyłu, w swoim projekcie Crazy Baldhead gra pierwsze skrzypce. Trudno o trafniejszą nazwę tego przedsięwzięcia (i nie mam tu na myśli fryzury rzeczonego) – Agent Jay pozwala sobie pod tym szyldem na realizację dowolnie zwariowanych pomysłów. Jesteście ciekawi jak brzmiałyby największe światowe hity wydane w 1969 roku, gdyby powstały na Jamajce? Proszę bardzo – „The Sound Of ’69”. A może, tak jak j,a tęsknicie za głosem Daniela Kleina z The Frightnrs? To główny wokalista na „Boots Embraces”, a utwór „Shirin” to jedna z jego najbardziej przejmujących wokaliz. Zasada jest prosta – brak zasad. Crazy Baldhead nagrywa to co chce, tak jak chce i z kim chce.

Crazy Baldhead – „Go Oasis”

A gdzie zabiera nas tym razem? Już sama okładka „Go Oasis” sporo podpowiada. Pustynia, jukki, samochód pędzący w stronę bliżej nieokreślonej oazy. Dominuje atmosfera spowolnienia, luzu, przestrzeni i… no tak, mamy tu całkiem sporą domieszkę psychodelii. Oczywiście, wszystko jest podane w jamajskim sosie, a proporcje składników są idealne. I to właśnie doskonała produkcja i pełne drobnych smaczków aranżacje (ach, ten skryty w tle wibrafon) sprawiają, że tak przyjemnie słucha się tej płyty już za pierwszym razem.

Jak każde poprzednie wydawnictwo Crazy Baldheada, płyta pęka w szwach od liczby zaproszonych gości. Ten facet po prostu zna wszystkich! A jego macki sięgają coraz dalej, bo oprócz całej nowojorskiej śmietanki mamy tu takie nazwiska jak Victor Rice, czy Roger Rivas. Tym razem plejada wokalistów jest nieco mniejsza, co płycie tylko służy, bo wydaje się przez to dużo spójniejsza. Album otwiera stała współpracowniczka, czyli Maddie Ruthless, ale dopiero drugi utwór, czyli „Hey Monday” z udziałem Vica Ruggiero (tak, tak, Dave Hillyard też tu jest), nadaje płycie to powolne, cudownie ociężałe tempo, zupełnie jak pierwszego dnia w pracy po intensywnym weekendzie. Wrażenie oderwania od pędu rzeczywistości pogłębia L. Marie Cook, która leniwym głosem chce zabrać się na gapę gdzieś daleko stąd. To przede wszystkim ona jest odpowiedzialna za psychodeliczny pierwiastek na „Go Oasis”. Ona i gitara Agenta Jaya z rozkręconym na 10-kę tremolo, która będzie się jeszcze przewijać w następnych utworach. O dziwo, mimo tej spokojnej odrealnionej atmosfery, płyta kończy się bardzo szybko i jak tylko umilknie zamykający ją „Go Oasis Adventure Theme” od razu chce się wrócić do początku.

Nie wypada nie wspomnieć o tym jak płyta została wydana, bo to kolejna pozycja w katalogu świeżo powstałej wytwórni Badasonic Records. Jest to solidna, ciężka płyta w wysokiej jakości koszulce z logiem wytwórni. Widać, że nie oszczędzają na materiałach i trzymają się bardzo udanej formy graficznej. Nie zabrakło też kodu do pobrania albumu w wersji cyfrowej. Z 5. albumem długogrającym za pasem Badasonic Records wyrasta na poważnego gracza na rynku, trzymając wysoki poziom repertuaru i produkcji.

„Go Oasis” przypadkiem, bo przypadkiem, ale wyszło w samą porę, żeby dać nam środek uspokajający na te dziwne czasy. Nie dość, że ukoi skołatane nerwy, to jeszcze przeniesie nas w miejsce, gdzie nie ma tego całego otaczającego nas wariactwa. To zdecydowanie najlepsza i najspójniejsza płyta Crazy Baldheada.

KategorieRecenzje
Przedsięwzięcia

Dyskusja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *