Recenzja

Pyrotechnist – dub z Belgii po raz drugi

Zastanawialiście się kiedyś, co robią producenci, gdy ostatni muzyk opuści wieczorem ich studio? Otóż wyciągają te wszystkie swoje zabawki - mikrofony, magnetofony szpulowe, echa, pogłosy, miksery i całą resztę tych retro gratów i bawią się tym całą noc. Robią dub!

Kontynuuj czytanie ▾
Okładka płyty winylowej Pyrotechnist pt "Fire Crackers"

Oczywiście w cyfrowym studio nie ma co wyciągać, bo wszystko jest w komputronie, także powyższy rytuał ma miejsce tylko w takich świątyniach analogowego sprzętu jak belgijskie Pum Pum Hotel Studio. Nazwane od dzielnicy czerwonych latarń, w której się pierwotnie mieściło, siłą rzeczy musi być miejscem jakichś muzycznych perwersji. Szamanem jest Nico Leonard, a to, co się tam narodziło, mieliśmy okazję usłyszeć już 4 lata temu, gdy ukazała się pierwsza płyta Pyrotechnist „Dub Rocketry”. Od tamtej pory miejsce nie zwalnia tempa i stało się sercem współtworzonej przez Nico wytwórni Badasonic Records. Może dlatego przyszło nam aż tak długo czekać na Dub Sessions Vol. 2, czyli „Fire Crackers”.

Pyrotechnist – Fire Crackers

Dub to nie jest sport grupowy i historia pokazuje, że 2 to maksymalna liczba zawodników w drużynie, także podobnie jak w przypadku pierwszej części tego cyklu, trzonem projektu są Nico Leonard i Pierre Haegeli, czyli kombo, które zostało zawiązane podczas wspólnego grania w The Moon Invaders. W przypadku Pyrotechnist ci dwaj panowie mogliby też wszystko sami zagrać, bo jeden obsługuje wszelkie perkusjonalia i cokolwiek, co ma jakieś klawisze, a drugi dowolne instrumenty szarpane. Ale, żeby było ciekawie,j na instrumenty dęte ponownie zaprosili Davida Loosa oraz po raz pierwszy Rolfa Langsjoena. Obaj znają to studio na wylot, bo nie dość, że są członkami związanego z Pum Pum Hotel zespołu The Badasonics, to również grali w przeszłości w The Moon Invaders.

Wszystkich fanatyków dubu trzeba już na wstępie ostrzec, że to co się z tej współpracy narodziło to z pewnością nie brutalna dekonstrukcja reggae, jaką uprawiał King Tubby. Nie spodziewajcie się samej linii basu przez 5 minut okraszonej sporadycznymi uderzeniami gitary z niekończącym się echem. Płycie „Fire Crackers” jest dużo bliżej do funkowych odlotów Jackie Mittoo. Te kawałki są po prostu mocno chwytliwe! Choć mają w sobie obowiązkowe w tym gatunku rozleniwienie, to jest tam też mnóstwo melodii i faktycznych aranżacji. Już otwierający płytę „Noi-Zee Boy” zapada w pamięć podkreśloną klawiszami linią basu, a później dzieje się w tym utworze jeszcze więcej. „Diamond Head” z piękną melodią na organach mogło z powodzeniem wyjść spod ręki xRoba Blacka. Bardzo mnie to cieszy, bo nie ukrywam, że fanem radykalnego dubu nigdy nie byłem. Ba, wszystkim, dla których pogłos i echo to czynnik zbyt zniechęcający, doradzę jedno – wrzućcie igłę na dzień dobry na „Blazing Comando”. I co? Nóżka się kręci jak przy dobrym ska! A jak już się wkręcicie to hop na drugą stronę i pod postacią „El Torro” macie dużo radykalniejszy miks tego samego podkładu z pięknym solo saksofonu.

Najciekawsze w tej płycie jest to, że z każdym przesłuchaniem coraz więcej uroku nabierają te mniej melodyjne kawałki, większe odloty i radykalniejsze eksperymenty dubowe. Temu krążkowi warto dać czas na zadziałanie. Nie zmienia to jednak faktu, że Vol. 2 ma dużo większy potencjał komercyjny niż jego poprzedniczka i nie jest przypadkiem, że „Fire Crackers” zagościło w moim patefonie kilkadziesiąt razy więcej niż debiut Pyrotechnist. I piszę to o albumie w pełni instrumentalnym. Nikt tu nawet nie mamrocze w tle, a mimo to, jest ciekawie. Ta różnorodność to w dużej mierze zasługa Nico, który po części patrzy na tę muzykę zza stołka perkusisty. Posłuchajcie choćby jak różnorodne są bity w poszczególnych kawałkach. Udało mu się nawet wybrnąć z odwiecznego problemu nadawania tytułów utworom instrumentalnym. Mamy tu marki starych fajerwerków, a ich producentom nigdy nie brakowało fantazji w nazewnictwie.

Album „Fire Crackers” ukazał się pod koniec lutego. To piękny przegląd możliwości Pum Pum Hotel Studio i świetnie się tego słucha w gorący dzień, koniecznie wolny od pracy. Dodajmy do tego wysoki standard wydawniczy Badasonic Records (tak, tak, choć wszyscy kochamy Jump Up Records, które wydało Vol. 1, to wiadomo, że oprawa graficzna to nie jest ich priorytet, a czasem, coś czego w ogóle nie ma) i mamy płytę, którą trzeba mieć w swojej kolekcji.

Dyskusja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *