NagraniaRelacje

The Bartenders – 26.02.2009, Warszawa, Hydrozagadka

Koncert The Bartenders a zarazem premiera ich debiutanckiej EPki? Czemu nie, w końcu to doskonała okazja, by pogłębić swoją bezkrytyczność wobec prezentowanego przez nich grania. Data co prawda zupełnie nie taka jak by się chciało, w końcu czwartek (26.02) to nie najszczęśliwszy dzień tygodnia na takie balety, ale i nie co dzień się na polskiej scenie odbywają jakiekolwiek płytowe premiery.

Kontynuuj czytanie ▾

Koncert odbył się w warszawskim klubie Hydrozagadka. Około 21 zjawiłem się na miejscu, by zobaczyć, że zgromadziła się już całkiem spora publiczność. Jak na środek tygodnia było naprawdę tłoczno. Żeby jednak nie było zbyt różowo wkrótce po wejściu okazało się, że drukarnia odpowiedzialna za produkcję okładek (czy raczej digipaków) EPki nie sprostała oczekiwaniom, a w każdym razie nie w ustalonym czasie. Toteż już po chwili kosztem ośmiu złotych stałem się posiadaczem jednej z 42 sztuk ultra-extra-mega-limitowanej edycji z pierwszego tłoczenia z okładką produkcji domowo-chałupniczej. Poczułem się wyróżniony, a w pewien szczególny sposób nawet usatysfakcjonowany i spokojny, mając świadomość, że w czasach kryzysu stać mnie tak luksusową, a zarazem jakże przyszłościową inwestycję.

Na koncert trzeba było nieco poczekać, co skutecznie umilali Bigger Boss SS swoją selekcją, tego wieczoru niespodziewanie nasyconą 2tonem. Zanim zespół pojawił się na scenie zrobiło się już dość późno, a klub z minuty na minutę sprawiał wrażenie coraz bardziej pełnego. Za to na pewno warto było czekać. Tutaj przydałoby się pewnie miejsce na wszelkie pochwały, jednak tyle zostało ich już powiedzianych, że pozwolę sobie uniknąć powtórzeń i napisać raczej o tym co wyróżniało ten występ od poprzednich. W standardowej mieszance ska, jazzu i reggae, tym razem moją szczególną uwagę zwróciła rewelacyjna wariacja na temat muzyki Krzysztofa Komedy. Zdecydowanie nie jestem ekspertem od takiego grania, ale w moim odczuciu był to absolutny majstersztyk, zarówno pod względem feelingu jak i wykonania. Przez cały koncert przewinęły się niezliczone solówki, które chyba nigdy wcześniej nie podobały mi się tak bardzo, a już szczytem wszystkiego był klawiszowiec grający „piętro niżej” na obluzowanym stojaku. Kolejna niespodzianka pojawiła się mniej więcej w połowie występu, gdy nagle, zupełnie niespodziewanie w głównym klubowym gniazdku skończył się prąd. Muzyka na chwilę umilkła, jednak nawet tę wpadkę The Bartenders potrafili przekuć w sukces. Tym razem sytuację uratował Wirus (gitara i wokal). Zapewne zainspirowany bezradną gestykulacją akustyka zaintonował „Banana Boat Song” (z kluczowym fragmentem „Daylight come and me wan’ go home”), co nieco zdezorientowani fani bardzo ochoczo podchwycili i energetyczne nieporozumienie zamieniło się w chóralny dialog na linii scena – publiczność. Kawałek w tej wokalno-akustycznej wersji sprawdził się doskonale i właściwie gdyby nie to, że awaria prądu trwała nieco dłużej można by odnieść wrażenie, że cała akcja została bezczelnie zaplanowana.

Bardzo miłym akcentem było pojawienie się w klubie kilku osób należących do wcześniejszych składów, co nawet spotkało się z podziękowaniem ze strony zespołu. Po obowiązkowych bisach i równie obowiązkowym udawanym zaskoczeniu Bartendersów, zespół zszedł ze sceny i zostawił mnie z bardzo dobrym poczuciem, że znów było lepiej niż ostatnio. Świadczyć to może o trzech rzeczach. W wersji pierwszej jest to potwierdzenie mojej osiągającej szczyty bezkrytyczności i braku obiektywizmu. Wariant nieco bardziej optymistyczny wskazuje na ciężką pracę zespołu, pozwalającą utrzymać tą zwyżkową tendencję i ciągły rozwój. Natomiast trzecia teoria za główną przyczynę mojego błogostanu po ich koncertach uznaje wrodzony talent muzyków, wobec którego cała reszta schodzi na dalszy plan. Jakkolwiek z pewnością w najbliższym czasie pokuszę się o recenzję EPki The Bartenders, myślę że z rozstrzygnięciem moich wątpliwości zdecydowanie należy poczekać do wydania pełnego albumu, a póki co trzy numery zawarte na EPce bardzo dobrze zapełniają pustkę towarzyszącą oczekiwaniu na LP i przerwom między kolejnymi koncertami.

Dyskusja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *