Jarek jest z nami od samego początku. Jest stary, jest łysy, jest skinheadem i wszyscy go kochają. Znany jest z tego, że wie o koncertach na innych kontynentach przed kapelami, które mają tam wystąpić. Recenzje i relacje - takich tekstów jest tutaj autorem.
Stosując się do tej, jakże trafnej, maksymy, pojechałem do Pragi, by uczestniczyć w kolejnym muzycznym misterium, odprawianym przez jedyny, niepowtarzalny, oryginalny The Skatalites (Lester „Ska” Sterling).
Jak mówi stare polskie przysłowie – do dwóch razy sztuka. Już raz wybrałem się do Pragi na koncert jednego z moich ulubionych zespołów. Wtedy oni nie dotarli. Oficjalnie – z powodu problemów paszportowych, nieoficjalnie – chłopaki troszku zabalowali w Wiedniu. Tym razem obyło się bez nieprzewidzianych zdarzeń.
Koncert Argentyńczyków przypadł w niezbyt dogodnym terminie. Tego samego dnia w Lucernie hucznie obchodzono 10. urodziny miejscowej gwiazdy – The Chancers. A że Czesi, podobnie jak my, wyznają zasadę inż. Mamonia i słuchają tylko tego co już dobrze znają, Roxy świeciło pustkami. Ja jednak wolałem pójść na koncert zespołu, którego dotąd nie miałem przyjemności oglądać. Zwłaszcza, że na światowej scenie firma to uznana.
Koncertem we wrocławskim Madnessie rozpoczęła się kolejna podróż po kraju szczecińskiej Vespy. „Rimemba de dejs? edyszyn” stanowi specjalną część nieustającej trasy „Potwór Tour 2008-3000”, a odbywa się z okazji wznowienia na CD debiutanckiego albumu grupy, znanego dotąd wyłącznie z nośnika kasetowego.
Płyta ukazuje się również w specjalnej, limitowanej edycji. 500 sztuk limited edyszyn to ręcznie ponumerowane egzemplarze, wyposażone w prezent-gadżet: klasyczny, menelski grzebyk z logo zespołu. Ponadto Vespa dla swoich fanów przygotowała jeszcze jedną niespodziankę: do limitowanej edycji zostały dodane relikwie – włosy członków zespołu, pochodzące z wszystkich miejsc ich prężnych ciał, o które nie chcecie pytać. Taką wersję płyty można nabyć jedynie na stronie grupy lub na koncertach „Potwór Tour 2008-3000. Rimemba de dejs? edyszyn”. Na sklepowych półkach płyta (w normalnej wersji) pojawi się 12. listopada.
Pewne rzeczy są nieuchronne. Nic nie poradzimy na to, że wielcy twórcy muzyki jamajskiej opuszczają ten świat, przenosząc się w inne, lepsze miejsce, gdzie już szykują parkiety dla nas, podążających ich śladem.
4 listopada br. w Szpitalu Uniwersyteckim Indii Zachodnich na Jamajce dwuletnią walkę z rakiem przegrał Byron Aloysius St. Elmo Lee. Urodził się 27 czerwca 1935 roku w Christiana, Manchester na Jamajce. Jako student St. George’s College pod koniec lat 50. założył zespół The Dragonaires stając się wkrótce prawdziwą ikoną muzyki jamajskiej. Już pierwszy singiel nagrany przez Byron & the Dragonaires, na którym znalazła się ich wersja wielkiego przeboju r’n’b Dumplins przyniósł zespołowi zasłużoną sławę i ozdobił film Dr No rozpoczynający przygody Jamesa Bonda.
Ten koncert od samego początku miał zaskakujący przebieg. Godzina była już późna, w klubie kilka osób sączących piwko, a na scenie jakaś kapela robiąca próbę dźwięku. W pewnym momencie zaczęli grać do pustej sali. Poleciały dwa pełne numery. Potem zeszli ze sceny i udali się na browar. Ale kto to był? Plakat sugerował, że zespoły zagrają w kolejności odwrotnej do tej podanej w tytule relacji. Hm, na Lechuga nie wyglądali.
Vespa ponownie rusza w trasę koncertową. W listopadzie i grudniu szczeciński skład ska odwiedzi 15 polskich miast.
„Rimemba de dejs” to specjalna edycja nieustającej trasy „Potwór Tour 2008-3000”. Związana jest z reedycją debiutanckiego materiału Vespy – wydanej przed 11 laty przez nieistniejącą już firmę QQRYQ kasety, zatytułowanej po prostu „Vespa”. Na początku listopada 2008 Showbiz Monstaz Records – oficyna wydawnicza prowadzona przez muzyków grupy – wyda album na CD. Płyta ma być wzbogacona o archiwalne nagrania koncertowe i bogato ilustrowaną książkę Vespa: fakty, mity, cała bolesna prawda autorstwa Grzegorza Brzozowisza i Romana Rogowieskiego.
Gdy w grudniu 2007 roku muzyczny świat obiegła wiadomość o hospitalizacji Altona Ellisa i wykryciu u niego raka gruczołów limfatycznych, wszyscy mieliśmy nadzieję, że ten wielki muzyk i człowiek szybko powróci do zdrowia. Zwłaszcza, że po przebytej chemioterapii, znowu zaczął komponować i występować publicznie. Niestety, swoją najważniejszą walkę ostatecznie przegrał.
Tak się dobrze złożyło, że dzień po wieczorze czeskim, mieliśmy okazję obejrzeć we wrocławskim klubie Łykend przedstawiciela słoweńskiej sceny ska. Dla nas raczej egzotycznej. A przecież Red Five Point Star nie wzięli się znikąd. Działają już 10 lat. Początkowo jako punkowe trio, potem zrozumieli, że nie tędy droga i przeszli na właściwą stronę mocy.
Czechy to nieduży kraj, ale aktywności na polu krzewienia muzyki ska można im pozazdrościć. Nieustające wizyty gwiazd światowych mniejszego i większego formatu, fakt, że głównie w Pradze, liczne festiwale oraz liczba zespołów rodzimych, koncertujących i wydających płyty, robi wrażenie. Wielu wykonawców z tego kraju zdobyło należną im pozycję w Europie i poza nią, nagrywając swoje płyty dla renomowanych wytwórni. Dwie z topowych tamtejszych kapel mieliśmy przyjemność oglądać we Wrocławiu w ramach imprezy o wdzięcznej nazwie Czech Republic Ska Night, będącej częścią odbywającego się w tym mieście Festiwalu Wyszehradzkiego.
Ekipa tworząca festiwal Mighty Sounds sprawiła wielką przyjemność wszystkim fanom dobrej muzyki zapraszając na jesienną, klubową edycję tej imprezy. Nie pozostało nic innego jak z zaproszenia skorzystać. Mimo, że dzień wcześniej Aggrolites we Wrocławiu, a jeszcze jakaś praca w między czasie, nieco spóźniony pojawiłem się w Lucernie. Co ciekawe, towarzystwo jadące samochodem przybyło jeszcze później. Można by w związku z tym ukuć hasło reklamowe – „Jadąc koleją możesz zapomnieć o poimprezowym zmęczeniu” :-).
Długo oczekiwana edycja deluxe kultowego albumu zespołu Symarip Skinhead Moonstomp nareszcie ujrzy światło dzienne. Trojan Records zapowiada jego premierę na 29 września bieżącego roku. Jak podaje strona internetowa wytwórni album będzie się składał z 2 CD. Mają one pomieścić 12 ścieżek pochodzących z oryginalnego wydawnictwa, a dodatkowo 34 utwory, wśród których również nigdy wcześniej nie wydane, pochodzące z singli nagrywanych pod koniec lat 60. przez Graeme’a Goodalla dla Doctor Bird Records oraz na początku lat 70. przez Bruce’a White’a i Tony Cousinsa dla Creole Records.
Rok 2008 trzeba chyba będzie zapamiętać jako wyjątkowy w rozwoju polskiej sceny ska. Właśnie ukazała się kolejna płyta z tą muzyką, a to za sprawą debiutanckiego albumu Wersji De Lux. Gdynianie swoją twórczość definiują jako mieszankę ska, rock’n’rolla, swingu i reggae. Hm, szczerze mówiąc jakoś tego swingu nie potrafię się dosłuchać. No, może trochę w Dancing. Bardziej odpowiada mi określenie stylu zamieszczone na plakacie zapowiadającym koncert, który promował wydawnictwo, mianowicie 2 Tone. Jak zwał, tak zwał. Najważniejsze, że otrzymaliśmy 13 utworów opartych na charakterystycznym, zachęcającym do tańca i zabawy rytmie.
Pan Puzon, czyli Luigi, dla przyjaciół Gigi, De Gaspari, włoski, jakżeby inaczej, puzonista, po raz kolejny zaprasza na muzyczną ucztę. Ten absolwent mediolańskiego konserwatorium Giuseppe Verdiego, niegdyś członek orkiestry symfonicznej im. Verdiego i założyciel szkolnego Civica Jazz Band, po ukończeniu edukacji swoje zainteresowania skierował ku muzyce ska i reggae. Współpracował z takimi zespołami jak Casino Royale, Bluebeaters (do dnia dzisiejszego), Africa Unite, Matrioska czy Vallanzaska. W 2002 roku odbył trasę i nagrał płytę z New York Ska-Jazz Ensemble. Potem postanowił poświęcić się karierze solowej. W tym samym 2002 roku razem z Jamaican Liberation Orchestra wydał płytę That’s it!, której produkcją zajął się Madaski z Africa Unite. Dwa lata później ukazał się album Mr. T-Bone sees America nagrany z All Star Band złożonym z największych sław światowej sceny ska i reggae, a którego producentem był z kolei Victor Rice. Poza wypuszczaniem znakomitych płyt, T-Bone co roku wyrusza w świat w długie trasy, czego efektem jest koncertowy Strictly Live z roku 2007.
W najpiękniejszy dzień roku dla wszystkich uczniów szkół podstawowych, gimnazjalnych i licealnych, czyli 1 września, swoją premierę miał debiutancki album zespołu Wersja De Lux. Tym sposobem nasz więcej niż skromny rynek ska powiększył się o kolejną, wartościową pozycję.
Zespół Makako Jump powstał w Trieście, bodajże w 2003 roku. Od tego czasu zagrali blisko 400 koncertów u siebie w kraju jak również w Niemczech, Austrii, Szwajcarii, Czechach, Słowenii i Chorwacji. W roku 2006 wydali debiutancki album Mi queso es tu queso, dzisiaj dostępny już tylko w sklepach sprzedających muzykę w formie cyfrowej. Wiosną bieżącego roku ukazała się druga płyta Włochów, zatytułowana Lasciate la mancia al portapizze. Od początku miałem z nią spory problem. Jak można przeczytać w dziale relacji z imprez, po koncercie w Pradze zespół wydał mi się typowym przedstawicielem włoskiego ska w stylu Arpioni, grającym radosną muzykę do zabawy. Po przesłuchaniu płyty wrażenia miałem nieco inne. Tylko nie do końca potrafiłem sprecyzować jakie. Słuchałem, słuchałem i nic. Podoba mi się ona czy nie?
Ostatniego dnia czerwca 2008 roku ukazał się na rynku drugi album spadkobierców Furillo, zatytułowany Lovers Choice. W swoim debiucie Run Run Rudie Duńczycy poprzeczkę zawiesili wysoko, był więc lekki niepokój czy przy kolejnym podejściu sprostają wyzwaniu. Nie ma obawy, sprostali. Płyta jest po prostu znakomita. Zanurzona głęboko w zniewalających oparach rocksteady, działa jak balsam na skołataną duszę.
Dwudniowy festiwal zapowiadał się jako ciekawe wydarzenie artystyczne. Jego wcześniejsze edycje jesienno-zimowo-wiosenne, które odbywały się w poprzednich latach w różnych miejscach Pragi, co prawda w mniejszej skali, również dobrze wróżyły przedsięwzięciu.
Zachęcony bardzo pozytywnymi opiniami po warszawskim koncercie Izraelczyków, postanowiłem urlop rozpocząć od wycieczki do Pragi. Tam koncert miał miejsce w ramach cyklicznej imprezy znanej pod nazwą HuLiDi. Jest to skrót od trzech słów: hudba, literatura, divadlo, których znaczenia chyba nie muszę tłumaczyć.
Summer Ska Punk Explosion po raz czwarty zagrał w maleńkiej, pięknie położonej wiosce, zagubionej gdzieś w południowych Czechach. Z roku na rok impreza coraz bardziej się rozrasta i obecnie jest jednym z największych, jeśli nie największym, tego typu festiwalem w Europie.
W piątek 18.07.2008 r. opuścił nas Roy Shirley, którego wielki hit Hold Them, nagrany dla Joe Gibbsa, uznawany jest za pierwszą piosenkę rock steady.
Ainsworth Roy Rushton Shirley, znany jako „The High Priest Of Reggae”, urodził się w 1944 r. Dorastał w Trench Town, gdzie działali producenci tworzący podstawy rozwoju jamajskiej muzyki popularnej. W połowie lat 60. nagrał dla Leslie Konga swój pierwszy przebój Shirley. Współpracował z Errolem Dunkleyem, później Kenem Boothe. Z nim tworzył The Leaders, kwartet wokalny, którego członkami byli także Joe White i Chuck Joseph. Razem z Slim Smithem i Franklynem Whitem założył trio wokalne The Uniques. Zespół po nagraniu materiału z Princem Busterem i ‘J.J.’ Johnsonem rozpadł się.
Dziedziniec renesansowego zamku, pięknie położonego nad brzegami Łaby, już po raz dwunasty wypełnili fani muzyki ska, spragnieni swoich ukochanych dźwięków, spotkań z dawno niewidzianymi znajomymi czy po prostu dobrej, niczym nieskrępowanej zabawy. Ponieważ w tym roku impreza kolidowała z koncertem Ska Cubano we Wrocławiu, mogłem wziąć udział tylko w drugim dniu festu.
Druga edycja festiwalu Wroc Love Summer Stage upłynęła pod znakiem żenująco niskiej frekwencji. Podobnie zresztą jak w roku ubiegłym. Zupełnie nie rozumiem tej sytuacji. Dobra organizacja, niedrogie bilety i znakomity program, a ludzie nie przyszli. Nie ma co, dla organizatorów koncertów Wrocław to nie jest najlepsze miejsce w Polsce. Niech żałują ci, którzy wybrali inną opcję na spędzenie pierwszego wakacyjnego weekendu.
Nie ma nic przyjemniejszego, niż wybrać się w daleką podróż na koncert zespołu, którego nie zna się zupełnie, poza jakimiś internetowymi próbkami, i trafić w dziesiątkę. Tak zdarzyło się tym razem. Decyzję o wyjeździe podjąłem dosłownie w ostatniej chwili. I nie żałuję.
Prague Ska Conspiracy zostało założone jesienią 2005 roku przez grupę młodych ludzi mających mocne postanowienie grać instrumentalne ska w stylu The Skatalites, New York Ska-Jazz Ensemble czy nawet Tokyo Ska Paradise Orchestra. Po kilku miesiącach istnienia spotkali jednak na swej drodze ciemnoskórą wokalistkę Marianę Wesley, dysponującą wspaniałym głosem o soulowym zabarwieniu. Ten dzień był brzemienny w skutkach dla dalszych losów kapeli. Twórczość instrumentalna zeszła na dalszy plan, pozostało ska i rocksteady z wyraźnymi wpływami soulu i r’n’b. Pierwszy koncert w takim składzie zagrali 9 maja 2006 roku w małym praskim klubie Cross. I dalej już się potoczyło. Wiele imprez, występy ze światową czołówką sceny ska i wreszcie, po dwóch latach istnienia, debiutancka płyta.
To już taka specyfika polskiej sceny ska. Zespołowi całkiem niedługo stuknie 10 lat, a dopiero co ukazała się debiutancka płyta grupy. Dobrze, że się ukazała. Czekałem na nią od dawna dlatego z niepokojem wkładałem krążek do odtwarzacza. I jakie wrażenia? Mieszane.
Kwiecień 2008 roku przyniósł nam debiutancką płytę sosnowieckiego Ziggie Piggie, łączącego ska ze skinhead reggae. Zwłaszcza ten drugi termin powinien zainteresować potencjalnych słuchaczy, gdyż na naszej scenie nie ma zbyt wielu zespołów grających taką muzykę. W składzie kapeli nie ma dęciaków, co w tym wypadku należy uznać za plus. Twórczość uprawiana przez sosnowiczan świetnie się sprawdza w konwencji gitarowo-klawiszowej. Strona muzyczna płyty jest w zasadzie bez zarzutu. Dodatkowo płyta została dobrze zrealizowana. Pozwoliłem sobie przesłuchać ją kilkukrotnie na słuchawkach i nie doprowadziło to do łupania w skroniach, co niestety dość często się zdarza w wypadku innych produkcji.
Parasolki są zespołem bardzo lubianym w Polsce. Oni także lubią grać w naszym kraju, co już niejednokrotnie czynili. Szczególnie upodobali sobie Wrocław, gdzie mają grupę oddanych fanów i zawsze są gorąco przyjmowani. Tak było również tym razem.
Leningrad należy do moich ulubieńców. Swego czasu przegapiłem ich koncert w Czechach. Teraz nie mogłem odpuścić, mimo że, jakby się mogło początkowo wydawać, bilety do najtańszych nie należały. Przypuszczałem, że poza mną na sali będzie garstka ludzi. Błąd. Duży klub szczelnie wypełnili fani zespołu, ukrywający się gdzieś dotąd nie wiadomo gdzie, którzy przez cały koncert szaleńczo balowali na parkiecie, znali teksty utworów i śpiewali je razem z zespołem.