RudeMakera założyłem w 2008 roku. Od prawie dwudziestu lat siedzę w klimatach ska, rocksteady i reggae. Zawodowo jestem grafikiem i web developerem, więc z oczywistych względów ogarniam tu wszystkie kwestie techniczne. Jako że jestem koszmarnie leniwy, nie piszę tu tak często jak bym chciał, ale staram się na bieżąco wrzucać tu aktualności, recenzje i relacje z naciskiem na współczesne zespoły.
Minionej soboty w lizbońskim klubie Bacalhoeiro miała miejsce oficjalna premiera debiutanckiego LP zespołu The Ratazanas. Wydarzenie to jest o tyle warte odnotowania, że już demo z 2006, czy rok późniejsza EP-ka 'Maquete' brzmiały bardzo obiecująco, a przecież od rozpoczęcia działalności w 2005 roku w zespole zmieniło się prawie wszystko. Trzonem składu są perkusista André i Luís, klawiszowiec, których bezkompromisowe dążenia do osiągnięcia stuprocentowo oldschoolowego, jamajskiego brzmienia spowodowały dość intensywną rotację muzyków. Stan ten trwał do momentu pojawienia się Edu (wokal), Petrov’a (gitara) i Rosicky’ego (bas). Czego więc można spodziewać się teraz?
Z dużą dozą pewności mogę założyć, że mało kto nad Wisłą miał do czynienia z amerykańskim zespołem Channel One, który właśnie wydał nakładem Megalith Records swój pierwszy krążek „Pose & Posture”. Kapela powstała w 2007 roku w Texasie, a założyli ją członkowie popularnych w tym regionie w latach 90. zespołów The Resistors i Spies Like Us. Ich drogi rozeszły się dość dawno temu. Recenzowana płyta stanowi więc swego rodzaju 'family reunion'. Śmiem twierdzić, wnioskując z ostatecznego kształtu płyty, zarejestrowanej podczas dwóch, oddzielonych trzymiesięczną przerwą sesji, że panowie musieli mieć dużą frajdę z nagrywanego materiału. Pozwala to mieć nadzieję na dłuższą żywotność tego projektu, który rzuca nowe światło na szeroko pojęty temat ska-propagandy.
Stało się! The Specials w środę zagrali inaugurujący trasę koncert w Newcastle. O rozczarowaniu nie ma mowy. Zgodnie z przewidywaniami zespół potwierdził formę, której próbkę można było niedawno zobaczyć w brytyjskim BBC. Tymczasem prasa urządziła wręcz festiwal komplementów na cześć świeżo reaktywowanego bandu.
Jakiś czas temu (dokładniej mówiąc na początku 2007 roku), za sprawą jednego z wątków na forum, przemknęła mi przez komputer strona myspace amerykańskiego zespołu Ryan Scroggins and the Trenchtown Texans. Jeżeli dobrze pamiętam oferowała wówczas standardowy w tym serwisie repertuar kilku bardzo przyjemnie brzmiących piosenek (szczególnie jak na zupełnie nieznaną kapelę). Jak się okazuje, niewiele później, bo latem 2007 zespół wydał debiutancką i jak dotąd jedyną płytę, która od kilku dni nie daje mi spokoju. Ska i reggae w takim wydaniu to prawdziwy rarytas. Nie co dzień przecież zdarza się, żeby muzycy poruszający się w tych gatunkach muzycznych tak ochoczo sięgali po stylistykę country czy południowoamerykański folk. Kto więc jest odpowiedzialny za tak nieoczekiwany mariaż stylów?
Jako, że jeszcze w grudniu ubiegłego roku w ogóle nie słyszałem o zespole No. 1 Station, byłem co najmniej zaskoczony ich rewelacyjnym występem w londyńskim klubie Hootananny. Pomimo że grali w mocno okrojonym składzie, prezentowali naprawdę imponujące brzmienie, które jak się później okazało, na ich najnowszej płycie sprawia jeszcze lepsze wrażenie, czyniąc wydane przez Rockers Revolt „Boss Beat” jedną z większych niespodzianek minionego roku.
Garść newsów o reaktywacji The Specials. W minionym tygodniu zespół aż dwukrotnie pojawił się w brytyjskiej telewizji BBC2, w programie 'Later… with Jools Holland'. Już pierwsze, wtorkowe podejście, w formie dwóch kawałków – 'Gangsters' i 'Message To You Rudie', dobitnie pokazało czego można oczekiwać po zbliżającej się trasie.
Ponad dwa i pół roku musiało minąć od pierwszego koncertu, by zespołowi The Bartenders udało się wydać pierwsze nagranie. Okazało się ono zawierającą trzy kawałki EP-ką wydaną w formie zgrabnego digipacka, która jedynie podsyca apetyt na prezentowane przez zespół granie i zdecydowanie nie zaspokaja związanego z nim pragnienia. Niezależnie od faktu, że sesja nagraniowa miała miejsce pod koniec 2007 roku, skład uległ od tamtej pory widocznym zmianom, a poziom muzyczny bandu poszybował w górę, wszystkie trzy numery prezentują się naprawdę imponująco. Warto zaznaczyć, że są to w pełni autorskie kompozycje co cieszy tym bardziej, że Bartenders przyzwyczaili nas do równie częstego, co umiejętnego korzystania z pojęcia 'cover'.
Koncert The Bartenders a zarazem premiera ich debiutanckiej EPki? Czemu nie, w końcu to doskonała okazja, by pogłębić swoją bezkrytyczność wobec prezentowanego przez nich grania. Data co prawda zupełnie nie taka jak by się chciało, w końcu czwartek (26.02) to nie najszczęśliwszy dzień tygodnia na takie balety, ale i nie co dzień się na polskiej scenie odbywają jakiekolwiek płytowe premiery.
To chyba najważniejsza z informacji dotyczących Madness jakie napływają w ciągu ostatnich miesięcy. Co prawda nie po raz pierwszy zagrają w naszym kraju, ale można mieć nadzieję, że po raz pierwszy nie będzie to występ z playbacku. To wiekopomne wydarzenie (nie chcę zapeszyć, ale szykuje się prawdziwy „milestone” w rozwoju polskiej sceny ska) będzie mieć miejsce już czwartego lipca w ramach tegorocznej edycji festiwalu Heineken Open’er. Forma koncertowa zespołu jest na doskonałym poziomie, o czym miałem już okazję przekonać się w grudniu, w Londynie, mało tego zespół z całą pewnością będzie intensywnie promować materiał z najnowszej płyty „Liberty of Norton Folgate”, z całą pewnością więc nie grożą nam przysłowiowe odgrzewane kotlety. Niemożliwe stało się więc możliwe, a to nie wszystko, bowiem obóz Madness jest ostatnimi czasy bardzo aktywny.
Zobaczyć Madness na żywo! Taki był właśnie główny cel grudniowej wyprawy do Londynu. Przekonać się w końcu jak brzmi na koncercie zespół, którego płyty słuchało się milion razy. Sprawdzić czy po tylu latach wspólnego grania nie są tylko cieniem Madnessów z lat 80. Usłyszeć wszystkie znane na pamięć przeboje i porównać je z najnowszym repertuarem. Ale przede wszystkim po prostu zobaczyć Madness na żywo i choć otrzeć się o niekwestionowaną legendę, nawet nie tyle ska, co po prostu muzyki popularnej.
Dobre wieści zza oceanu. Wygląda na to, że Hepcat otrząsnął się po utracie nieodżałowanego basisty Dave’a Fuentes’a i wrócił na scenę. Na początek załoga z L.A. zagrała dwa koncerty 20 i 21 grudnia, jeden u siebie, drugi w San Francisco. Opinie świadków tych wydarzeń są jednoznaczne. Hepcat pomimo uszczerbku na zdrowiu w dalszym ciągu wie jak rozruszać publiczność.
Bardzo ciekawa premiera płytowa szykuje się na wiosnę 2009. Wielkimi krokami, prosto z Francji nadchodzi „Tribute to Madness”, który jak dotąd nie doczekał się żadnego oficjalnego tytułu. Nie jest to co prawda pierwsza inicjatywa tego typu, jednak z całą pewnością jest kilka szczegółów, które czynią ją wyjątkową.
Z lekkim opóźnieniem i dużo większą przyjemnością informujemy, że znany być może niektórym, kanadyjski zespół One Night Band, 7 października wydał sumptem Stomp Records w swój drugi krążek „Hit & Run”. Informacja to o tyle ciekawa, że ten kanadyjski zespół jakkolwiek może niezbyt znany w naszym kraju, z całą pewnością zasługuje na znacznie więcej uwagi, co brutalnie udowadnia właśnie swą najnowszą płytą.
Plotki, domysły, podejrzenia… już nie. Come back The Specials ostatecznie nabrał realnego kształtu. Po (według wszelkich relacji) rewelacyjnym występie reaktywacyjnym na tegorocznym Bestival, zespół ogłosił wczoraj daty kolejnych koncertów. Trasa odbędzie się już wiosną 2009, z okazji trzydziestej rocznicy przerywanego istnienia zespołu.
Wypad do Krakowa w listopadowy weekend zapowiadał się naprawdę ciekawie. Nie żebym spodziewał się diametralnej poprawy warunków pogodowych związanych z wyprawą na, jak się okazało, nie specjalnie upalne, za to śnieżnobiałe południe, ale wizyta w tym mieście Duńczyków z Babylove & the van Dangos była w zupełności wystarczającym argumentem. Jako że ostatni raz w Krakowie byłem 5 lat temu, na moim pierwszym koncercie Slackersów, tym bardziej nie mogłem teraz odpuścić wycieczki w tak dobrze kojarzące się miejsce.
7 października w warszawskim klubie CDQ odbył się koncert zespołu Pan Profeska. Z wydarzeniem tym wiązałem spore nadzieje. Co prawda dotychczas ani razu nie było mi dane zaobserwować ich grania w wersji live, więc nie za bardzo wiedziałem czego powinienem się spodziewać, jednak w związku z moim mocno sentymentalnym podejściem do ich starszych kawałków we wtorkowy wieczór ochoczo udałem się do klubu, szczególnie że koncertowy harmonogram Pana Profeski nie należy do specjalnie napiętych i ciężko wyczuć kiedy nadarzyłaby się kolejna okazja.
Nie co dzień w naszym kraju goszczą gwiazdy światowego formatu, a już na pewno nie w wydaniu dwu koncertowym. Kiedy więc okazało się, że tej jesieni Aggrolites planują zagrać w Warszawie i Wrocławiu, pozostała już tylko niezbyt problematyczna kwestia zapewnienia sobie odpowiedniej ilości wolnego czasu w dniach 23-24 września.
Na Youtubie pojawiły się już amatorskie nagrania z występu uszczuplonych o Jerry’ego Dammers’a The Specials, na tegorocznej edycji brytyjskiej imprezy Bestival. Jakość pozostawia co nieco do życzenia, jednak klipy pozwalają być naprawdę optymistycznym.
No i mili Państwo stało się… może nie całkiem tak jak byśmy sobie mogli wymarzyć, ale jednak. Zgodnie z pojawiającymi się od kilku tygodni plotkami dotyczącymi tajemniczego gościa festiwalu „Bestival”, odbywającego się w ten weekend na brytyjskiej wyspie Wight, w roli niezapowiedzianej gwiazdy pojawili się The Specials… no prawie The Specials. Zresztą w ich przypadku, w perspektywie ostatnich reaktywacyjnych perypetii, byłoby wręcz podejrzane, gdyby wszystko odbyło się bez zgrzytów, tak więc na scenie pojawiło się jedynie sześciu członków oryginalnego składu, a brakującym ogniwem był oczywiście Jerry Dammers. Zaanonsowani zostali jako „Terry Hall & Friends minus Jerry Dammers”, jako, że ten ostatni jest prawnym właścicielem trademarku „The Specials”.
Krwawa historia z portowego miasta. Szczeciński zespół, polewając się keczupem, składa hołd niskobudżetowym produkcjom o wilkołakach. Klip promuje płytę „Potwór” ska-swingowej orkiestry z Pomorza.
W sobotę w wieku 69 lat zmarł jeden z założycieli The Skatalites, wybitny trębacz Johnny 'Dizzy' Moore.
Nie udało mu się przezwyciężyć raka, z którym walczył juz od dłuższego czasu. Zmarł w domu przyjaciela tydzień po tym, jak wypisano go ze szpitala.
Skallywood Pictures Unlimited i Rudemaker przedstawiają
prawdziwą opowieść o grupie ludzi, którzy spotkali się wieczorem w tym samym miejscu. Nie wiedzieli, że tworzą Historię. Noc, kobiety, mężczyźni i ich szalony bachiczny taniec! Chcesz to zobaczyć! Teraz.
Czas najwyższy na nowe wieści z obozu The Specials. Właściwie w przeciągu dwóch ostatnich miesięcy nie zaszły w temacie ewentualnego come-backu jakieś rewolucyjne zmiany, jednak miało miejsce kilka zdarzeń, które rzucają nieco nowego światła na szanse powodzenia reaktywacji.
Już tego lata będziemy mieć do czynienia z niezwykle ciekawą filmową pozycją. Dokument „The Up Beat” to swego rodzaju kronika sceny ska amerykańskiego stanu Utah. Dla polskiego odbiorcy to może temat dość odległy jednak dodatkowe zainteresowanie przedsięwzięciem może budzić fakt, że na ekranie oprócz członków lokalnych zespołów takich jak Strech Armstrong, czy Model Citizen, pojawią się znakomitości światowej sceny: Toots Hibbert, Robert „Bucket” Hingley i Buster Bloodvessel.
Tak się fantastycznie wręcz złożyło, że w ramach tegorocznej, trzeciej już edycji płockiego festiwalu Reggaeland zawitał nad Wisłę nikt inny jak sam Frederick „Toots” Hibbert ze swoim bandem the Maytals. Oczekiwania były duże, zważywszy swego rodzaju kultową, czy może legendarną aurę towarzyszącą postaci, która właściwie jest jednym z inicjatorów całego nurtu muzycznego zwanego reggae, wydarzenie naprawdę miało charakter najwyższej rangi. Tym bardziej słuszną decyzją było zjawienie się w Płocku dwunastego lipca, a więc drugiego dnia festiwalu.
Jak można wyczytać z japońsko języcznej wersji strony TSPO, lub też (tak raczej łatwiej) rozlicznych internetowych tłumaczeń Tatsuyuki Hiyamuta (na zdjęciu), saksofon altowy, gitara a przede wszystkim naczelny showman Tokyo Ska Paradise Orchestra, ogłosił że opuszcza zespół.
Jako oficjalny powód podaje kontuzję stopy, której nabawił się w 1996 roku w Tajlandii podczas wypadku motocyklowego. Od tamtej pory przeszedł liczne operacje, jednak regularne trasy koncertowe z pewnością nie są w żaden sposób pomocne w długotrwałym procesie rehabilitacji.
Mili Państwo, nie co dzień odwiedzają nasz kraj jakiekolwiek zespoły z Izraela, a już na pewno nie takie, które grają ska. Wobec powyższego kiedy w Warszawie zapowiedziany został koncert Hoodska Explosive nie było innego wyjścia jak zjawić się w klubie 55 i przekonać co zaproponują panowie z Tel-Avivu.
Tak się fortunnie złożyło, że w tym roku udało mi się po raz pierwszy zawitać na czeskim festiwalu „Mighty Sounds” (to już jego czwarta edycja). Prawdę mówiąc nie miałem do tej pory okazji uczestniczyć w żadnej festiwalowej imprezie organizowanej przez naszych południowych sąsiadów, nie do końca wiedziałem więc czego się spodziewać.
W związku ze zbliżającym się warszawskim koncertem Tel-Aviv’skiego zespołu Hoodska Explosive zupełnie niechcący wpadła w moje ręce ich debiutancka płyta „The Misleading”. Zanim jednak o albumie, słów kilka o samym zespole, którego początki sięgają roku 2004. Wtedy to późniejszy basista i wokalista grupy, Haggai Zehavi w zamian za nowy tatuaż podjął się napisania piosenki. Tak właśnie powstało „Skin Ink in Ska”, od którego wszystko się zaczęło. Kiedy kawałek został już napisany, pojawiło się jakże zaskakujące zapotrzebowanie na zespół, który mógłby go zagrać. Ideę grania tradycyjnego ska ochoczo podchwycili Yoav Elkayam (bębny) i Ido Blaustein (perkusja). W przeciągu ponad roku, po rozmaitych zmianach personalnych udało się sformować ostateczny skład, w którym nie zabrakło sekcji dętej (Alon Shacham – saksofon, Nimrod Talmon – puzon) i klawiszy (Lior Romano). Skład ze swoją gitarą uzupełnił jeszcze Benny „Benon” Matalon i zespół po pierwszej serii koncertów w towarzystwie Los Caparos zaczął myśleć o wydaniu płyty.
Z nieukrywaną radością ogłaszamy wszem i wobec, że efektem wielomiesięcznych starań znanego w pewnych kręgach organizacyjnego cudotwórcy, już tegorocznej jesieni zawitają do naszego kraju jedyni i niepowtarzalni… The Aggrolites.
Zespół z Los Angeles już niejednokrotnie koncertował w Europie, jednak tak się zadziwiająco złożyło, że wszelkie jego trasy beztrosko omijały Polskę, skazując tutejszych fanów na zagraniczne wojaże i muzykę z odtwarzacza. No more! Tym razem Jesse i spółka zagrają u nas aż dwa koncerty, 23 września w znanym z imprez tej klasy, warszawskim CDQ, a dzień później we Wrocławiu, w klubie Łykend.